— Biedne zwierzątko: jak ono mówi! któż by się nie wzruszył?

— Niechże ją pani popieści trochę; niechże jej pani co odpowie.

— Chodź, moja biedna Linko; płacz dziecko, płacz, jeśli ci to sprawia ulgę. Jest jakiś los dla zwierząt jak dla ludzi; zsyła wszystko dobre nicponiom swarliwym, pyskatym i żarłocznym, samo zaś nieszczęście najlepszemu stworzeniu pod słońcem.

— Pani ma wielką słuszność; nie ma na ziemi sprawiedliwości.

— Cicho siedź, rozwiń ją z powijaków, ułóż u mnie pod poduszką i pamiętaj, że za najmniejszym piśnięciem do ciebie się wezmę. Chodź, biedne zwierzątko, niech cię uściskam raz jeszcze, zanim cię zabiorą. Zbliżże się przecie, flądro... Te pieski, to takie poczciwe; to więcej warte...

KUBUŚ: Niż ojciec, matka, bracia, siostry, dzieci, służba, mąż...

GOSPODYNI: A tak; nie myśl, że sobie drwisz ze mnie; to bodaj jest niewinne, wierne, nie wyrządzi nigdy nic złego, podczas gdy reszta...

KUBUŚ: Niech żyją psy! Nie masz nic doskonalszego pod słońcem.

GOSPODYNI: Jeżeli jest co doskonalszego, to z pewnością nie człowiek. Chciałabym, żebyście znali pieska od młynarza: to narzeczony mojej Linki; ilu was jest, nie ma ani jednego między wami, który by się nie musiał przy nim rumienić ze wstydu. Z pierwszym brzaskiem przybiega więcej niż o milę; staje pod oknem; mówię wam, co za westchnienia! serce wprost boli słuchać. Jakakolwiek pogoda na dworze, on się nie ruszy; deszcz leje nań jak z cebra, ciałko zapada mu się w piasku; ledwie widać uszy i koniec noska. Czy zrobiłby kto z was tyle dla kobiety, którą by najczulej kochał?

PAN: To bardzo po rycersku.