KUBUŚ: Ale też gdzie jest kobieta równie godna tych starań jak panina Linka?
Namiętność gospodyni do zwierząt nie była wszelako główną, jakby można mniemać: główną była namiętność do mówienia. Im więcej okazywało się zadowolenia i cierpliwości w słuchaniu, tym więcej miało się zasługi w jej oczach; toteż nie dała się prosić z podjęciem przerwanej historii osobliwego małżeństwa; postawiła jedynie za warunek, że Kubuś będzie milczał. Pan przyrzekł milczenie w imieniu Kubusia. Kubuś ułożył się niedbale w kącie z zamkniętymi oczami, czapką wciśniętą na uszy, plecami na wpół odwrócony ku gospodyni. Pan kaszlnął, splunął, wytarł nos, dobył zegarka, spojrzał na godzinę, dobył tabakierki, puknął w denko, zażył niuch tabaki; i gospodyni zabrała się do smakowania nieopisanej rozkoszy własnego gadulstwa.
Gospodyni miała zacząć, kiedy usłyszała skomlenie suczki.
— Magdusiu, spojrzyj no tam na biedne stworzenie... To mi odrywa uwagę, nie wiem już, gdzie stanęłam.
KUBUŚ: Jeszcześ pani nic nie powiedziała.
GOSPODYNI: Owi dwaj ichmoście, z którymim się posprzeczała o biedną Linkę, wówczas właśnie, kiedy pan przybył...
KUBUŚ: Mów pani: panowie.
GOSPODYNI: A to dlaczego?
KUBUŚ: Dlatego, iż dotychczas odnoszono się do nas z tą uprzejmością i że do tego przywykłem. Pan mówi mi „Kubusiu”, inni „panie Jakubie”.
GOSPODYNI: Ja nie mówię ani Kubusiu, ani panie Jakubie, ja się do niego nie odzywam... (Proszę pani? — Co tam? — Rachunek numeru piątego. — Poszukaj u mnie na kominku). Owi dwaj ludzie to zamożni panowie, ze szlachty; przybywają z Paryża i udają się do majątku starszego z nich.