KUBUŚ: Och! gdyby było zapisane w górze!
GOSPODYNI: Pani ta prowadziła życie bardzo ciche. Margrabia był dawnym przyjacielem męża; przyjęła jego odwiedziny i pozwoliła odwiedzać się nadal. Jeżeli mu się wybaczy niepohamowaną pasję do miłostek, był to poza tym co się zowie godny człowiek. Wytrwałe zaloty margrabiego, poparte jego osobistymi przymiotami, młodością, urodą, pozorami najszczerszego przywiązania, samotnością powabnej wdowy, usposobieniem jej z natury skłonnym do czułości, wszystkim, jednym słowem, co nas wydaje na pastwę męskiego uwodzicielstwa... (Proszę pani! — Co takiego? — Kurier. — Umieść go w zielonym pokoju i zarządź wszystko jak zwykle)... odniosły skutek. Pani de La Pommeraye po kilkomiesięcznej walce stoczonej przeciw margrabiemu, przeciwko samej sobie, zażądawszy wedle zwyczaju najuroczystszych przysiąg, uszczęśliwiła margrabiego, który byłby mógł cieszyć się losem najbardziej błogim, gdyby umiał zachować dla kochanki uczucia, jakie poprzysiągł i jakie ona żywiła dla niego. Tak, panie, tylko kobiety umieją kochać; mężczyźni nie mają o tym pojęcia... (Proszę pani? — Co takiego? — Kwestarz. — Daj dwanaście soldów za tych panów, sześć za mnie i niech idzie do innych pokoi)... Po upływie kilku lat, życie pani de La Pommeraye zaczęło się wydawać margrabiemu zbyt jednostajne. Poddał jej, aby się nieco zaczęła udzielać: zgodziła się; aby otworzyła dom dla kilku mężczyzn i kobiet: zgodziła się również; aby przeznaczyła jakiś stały dzień w tygodniu na uroczystszy obiad: przystała i na to. Pomału przywykł margrabia spędzać dzień, dwa dni bez widzenia swej pani; zaczął świecić nieobecnością na obiedzie, którego sam był inicjatorem; pomału skrócił swoje odwiedziny; miał pilne sprawy, które go odwoływały; skoro się zjawił, bąkał jakieś słówko, rozciągał się w fotelu, brał do ręki książkę, porzucał ją, rozmawiał z psem lub zasypiał. Wieczorem zdrowie jego, które nagle nad wyraz podupadło, wymagało, aby o wczesnej porze powracał do domu; takie było zdanie doktora Tronchin30. Tak, Tronchin to wielki człowiek! Na honor! nie wątpię o tym, że wyratuje z biedy naszą przyjaciółkę, o której inni zwątpili. Z tymi słowami, brał laskę i kapelusz i odchodził, zapominając niekiedy uściskać... (Proszę pani? — Co takiego? — Bednarz. — Niech zejdzie do piwnicy i obejrzy te dwie beczki). Pani de La Pommeraye przeczuwała, że miłość margrabiego wygasła; trzeba było zyskać pewność i oto jak wzięła się do tego... (Proszę pani? — Idę już, idę).
Gospodyni zniecierpliwiona przerywaniami zeszła na dół i zarządziła prawdopodobnie, co trzeba, aby im położyć koniec.
GOSPODYNI: Jednego dnia po obiedzie rzekła do margrabiego: „Mój przyjacielu, tyś jakiś zamyślony”.
— Ty także, margrabino.
— W istocie, i to dość smutno.
— Co tobie?
— Nic.
— To nieprawda. Ej, margrabino, powiedz, co masz na sercu; to cię rozerwie trochę i mnie także.
— Nudzisz się, margrabio?