Kształt Bajkału, wygięty na grzbiecie Azji półokrągło, przypominał łuk na plecach Tatara. Łuk niezmiernie wielki, o długości sześciuset siedemdziesięciu kilometrów i szerokości dochodzącej do dziewięćdziesięciu kilometrów; jego końce zwężały się jak sierp. Od wschodniej strony góry były przygłaskane w dość łagodne stoki, a doliny otwierały przejścia dla wód nadbiegających z haraczem. Ale od zachodu żadna rzeka nie miała dostępu. Tu Bajkał był zamurowany; olbrzymie półkole z granitu, ścięte prostopadle jak ściana warowni, zamykało Święte Morze. W jednym tylko miejscu opoki się rozstępowały, niby jakimś czarodziejskim mieczem rozcięte, i tędy Bajkał wyrzucał z siebie wody, które go przepełniały. Z dwunastu rzek, wpadających z tamtej strony, tu tworzyła się tylko jedna, Angara79. Rzeka kipiała, pędziła, wrzała i nawet przy trzydziestostopniowym mrozie nie mogła zamarznąć. Miejsce, gdzie Angara wypływała z jeziora, ludzie nazywali „bajkalskimi wrotami”; były to „wrota”, które zbudowała sama przyroda. Skalisty, cienki jak filar słup wychylał się samotnie z wody i przerzucał aż do brzegu, tworząc arkadę, pod którą przepływali żeglarze; nie tylko podróżnicy i rybacy, ale wszyscy, którzy chcieli albo musieli poddać się próbie. Za „bajkalskimi wrotami”, na środku Angary, leżał święty kamień, z pozoru skała stercząca pomiędzy wzburzonymi falami, który miał nadzwyczajną właściwość: wobec niego nie można było ani krzywo przysięgać, ani fałszywie świadczyć, ani nawet żartem oszukiwać. Duch strzegący kamienia karał wszelkie rozminięcie się z prawdą. Żaden Mongoł za nic na świecie nie skłamał w pobliżu tego urwiska.
Było wokół jeziora jeszcze wiele innych miejsc słynących z tajemniczej potęgi; zawieszone w powietrzu dzioby skał, podwodne labirynty lochów, gdzie działy się niepojęte dla ludzi rzeczy. Zapewne dzięki tym niesamowitym zjawiskom Bajkał został nazwany Świętym Morzem.
W samym środku jeziora leżała wyspa Olchon. Sława jej brzmiała nie tylko nad Bajkałem. Od kraju porcelanowych wież80 aż do Morza Lodowatego nazwa Olchonu wstrząsała każdym sercem i każde czoło chyliła ku ziemi. Wschodni piaszczysty brzeg wyspy z wolna wznosił się po grubych stopniach aż do dziwnej opoki zwanej „Czaszą Dżyngis-chana”. Im dalej, tym krajobraz był dzikszy, na koniec, u krańca północnego, pojawiła się strzelająca w chmury czarna skała Achu-Czołan, z pieczarą w swym wnętrzu, w której duchy wykuły sobie świątynię. Tam tłumaczyło się przeszłość, tam odsłaniało się przyszłość, tam znajdowała się stolica szamanizmu.
Poniżej jeziora, na szeroko rozpostartych po obu stronach przestrzeniach, z dawien dawna koczowały niezliczone pokolenia pasterzy. Żywot ich nie był sielanką. Powietrze ostre, ziemia uboga w roślinność czyniły ludzi twardymi. Miłowali jednak to swoje tułackie życie i za nic nie chcieli zmienić na inne, bo dogadzało swobodzie i lenistwu. Żyli więc z dnia na dzień bez większych wymagań, ale w gruncie rzeczy czuli swą biedę i z zawiścią spoglądali na sąsiadów. A sąsiadowali na północy z rzadka rozsianymi wśród lasów syberyjskich ludami, które w Azji nosiły nazwę leśnych, a na południu z niezrachowanym szczepem chińskim.
Chiny, kraj żywiołu i postępu, były dla pasterzy istnym rajem obfitości — krainą cudów, poczynając od żyznej, urodzajnej ziemi wyglądającej jak jedna kwiecista grządka osiatkowana mistrzowską sztuką nawodnienia, bogatych ogrodów, wygodnych domów o połyskliwych i kolorowych ścianach, dachach grających dzwoneczkami, po wyszukane jedzenie, które byłoby w stanie zadowolić najwybredniejszego smakosza, a kończąc na lekkich jak listek róży jedwabiach, zręcznie skrojonych i cudownie wyszywanych.
W tych oryginalnych domach mieszkali wykształceni mężczyźni, kobiety zgrabne jak figurki porcelanowe. Łatwo sobie wyobrazić, z jaką żądzą i łakomstwem pastuchowie patrzyli na tę krainę szczęśliwości. Nie nęciły ich prawa ani filozoficzne księgi, ale atłasy i kitajki81, malowane misy i złociste parasole.
Zdawało się, że sama przyroda chciała obronić chińską ziemię, oddzielając ją od pasterzy pustynią Gobi, prawdziwym oceanem pisku. Ale dla jeźdźców otrzaskanych ze wszelkimi żywiołami pustynia stała się otwartym gościńcem. Chińczycy, doprowadzeni do rozpaczy, wpadli na śmiały pomysł. Postanowili całą swoją północną granicę obwarować i zamknąć jak twierdzę. Powstał Mur Chiński82, jedno z największych dziwów ludzkiej cywilizacji. Obliczono, że materiałem zużytym na ten mur można by dwa razy opasać kulę ziemską. Ale i to genialne szaleństwo, z chińską cierpliwością wykonane, okazało się niewystarczające. Pasterze, wśród ciągłych napadów i utarczek, udoskonalili się w krwawym rzemiośle. Wojna stała się ich głównym celem, namiętnością; nie byli obdartymi rabusiami, ale strasznymi wojownikami wyrastającymi powoli na wielkich zdobywców.
Walka koczowniczych plemion nadbajkalskich ze szczepami osiadłymi na południu Azji stanowiła jedną z najtragiczniejszych kart historii cywilizacji na przestrzeni kilkunastu stuleci. Mocarstwa tureckie, chińskie padały pod zawieruchą pędzącą z północy, powstawały w innej formie państwowej, żeby znów upaść i tak w ciągu kilkudziesięciu pokoleń stanowiły rodzaj drożdży, na których wyrosła Azja, a z nią i reszta świata.
W kierunku południa, poza ścianą gór karakorumskich, spokojnie koczował tatarski naród Cheraitów83. Przez długie lata nikt o nich nie słyszał, chyba tylko kilka sąsiednich plemion toczących z nimi zwykłe utarczki o pastwiska. Aż niespodziewanie, z początkiem jedenastego wieku, gruchnęła po świecie niezwykła wieść. Król Cheraitów został chrześcijaninem. Co się dalej stało, nie wiadomo. Zdaje się, że misja nestoriańska musiała gorliwie pracować nad utrwaleniem nowej wiary, bo w dwa wieki później na ziemi Chereth byli nie tylko królowie, ale cały naród chrześcijański. Wieść o tym rozeszła się po całym świecie, nawet w Europie krążyły opowieści, że powstało tam królestwo księdza Jana, o którym wszyscy mówią, choć nikt go nie widział, którego szukają, ale nikt nie może go znaleźć.
W każdej opowieści jest trochę prawdy; nad Cheraitami panował wówczas Ong-chan czy Jong-chan84. Jego imię mogło europejczykom kojarzyć się z łacińskim „Johan”. Obraz wielkiej monarchii chrześcijańskiej, świtającej tam, skąd jutrzenka wschodzi, radował niejedno serce. Chrześcijanie Palestyny, Egiptu i Syrii srodze uciskani przez Saracenów często, choć na próżno, szukali ratunku u braci zachodnich. Obrócili oczy pełne nadziei ku Wschodowi, skąd nowy obrońca z wielkim wojskiem miał lada dzień się zjawić i wziąć Mahometa w dwa ognie.