Krzyżowców także radowała obietnica niespodziewanej odsieczy. Od razu na azjatyckim brzegu wypytywali o królestwo księdza Jana, a nazbierawszy wieści, tym ciekawszych, że podawanych w wielkiej tajemnicy, szerzyli w Europie sławę przyszłego sprzymierzeńca.

Ong-chan ani się domyślał, że z jego powodu jest tyle zamieszania pod zachodnim niebem. Po azjatycku mało troszczył się o sprawy wiary; był zajęty zdobyczami, rozszerzeniem pastwisk dla wędrownych obozów. Ujarzmiał coraz bitniejsze plemiona, zbierał coraz obfitsze daniny, aż doprowadził ziemię Chereth do rangi prawdziwego królestwa. Najdzielniejszym pomocnikiem w każdym przedsięwzięciu był przywiązany lennik, Temuczyn85, wódz biednej hordy Mongołów, człek niezbyt młody i niebogaty, ale genialny w bitwach i mistrzowski w służeniu radą. Król mocno go sobie cenił i okazywał mu wysoką łaskawość.

Ong-chan miał córkę rzadkiej urody i mądrości, zwaną Siurkukteni86. Lennik po latach wspólnej pracy, biorąc pod uwagę wielkość i liczbę swych zasług, ośmielił się zażądać córki królewskiej dla swojego syna, Tułuja. To żądanie wydało się Ong-chanowi zanadto wygórowane. Odmówił i ostygł w życzliwości. Może lata złagodziłyby tę urazę, ale ludzie zaczęli siać gniew i nieufność między panem a lennikiem, aż doszło między nimi do wojny.

Wojna o piękną królewnę zakończyła się dla niej i dla jej ojca tragicznie. Król Cheraitów po aktach odwagi położył pod mieczem siwą głowę, a córka razem z królestwem przeszła w moc zwycięzcy.

Od śmierci Ong-chana szczep mongolski wypłynął na wierzch, rozszerzył się jak błyskawica i w zawrotnym tempie stworzył największe w historii państwo. Temuczyn, pozbywszy się zwierzchnictwa, które przez pół życia trzymało go w zależności, poczuł nagle, że rosną mu skrzydła. Zerwał się, pognał tysiąc plemion przed sobą jak chmurę wędrownego ptactwa, zaczepił o cesarstwo Kara-Kitaju87, gdzie złamał dynastię Żelazną, szerokim półkolem otoczył ciemny Turan88 i słoneczny Iran, opadł na minarety Bagdadu i okrążywszy trzy czwarte zdruzgotanego świata, wrócił do swoich gór karakorumskich, gdzie ogłosił się nie tylko chanem chanów, ale Dżyngis-chanem.

O zwycięstwach Dżyngis-chana Europa słyszała aż nadto, ale wiadomość o śmierci Ong-chana nie doszła do niej tak prędko. „Ksiądz Jan” żył sobie dalej w legendzie, tajemniczy i nieśmiertelny. A że umysł ludzki musi zawsze poszukiwać, nawet dla najbłędniejszych rozumowań, jakiejś logicznej podstawy, zastanawiano się, jaki cel mogła mieć opatrzność, umieszczając królestwo chrześcijańskie tak daleko od reszty współwyznawców, w czarnym świecie pogańszczyzny. Wytłumaczenie znaleziono w Apokalipsie i w Biblii, dziwne, aczkolwiek przekonujące. Księgi święte mówiły o straszliwych narodach Gog i Magog, żyjących gdzieś na końcu świata, które, trzymane jak zła bestia w klatce, kiedyś się urwą i wszystko zniszczą, aby utorować drogę antychrystowi. Gwiazdy zaczną spadać i nastanie sąd ostateczny.

W czasach kiedy panowało przekonanie, że ziemia jest podobna do płaskiej tarczy, którą otacza ocean na kształt srebrnej obręczy, każdy z niepokojem pytał, gdzie się ona kończy. Według jednej z wielu teorii, brzegi francuskie i hiszpańskie stanowiły jeden koniec świata. Ale gdzie drugi? Karawany podążające ku wschodowi nigdzie nie mogły go znaleźć. Co dziesięć krajów minęły, to znów o dziesięciu innych było słychać; ciągle ziemia i ziemia.

Szerzyły się wieści o Murze Chińskim. Co prawda mętne, bo Chińczyków nikt nie widział. Mówiono tylko, że podróżni, którzy zdołali przejść wszystkie kraje wschodnie, musieli się wrócić, bo trafili najpierw na pustynię, a potem na mur nieprzebyty, wyższy niż nasze kościoły, najeżony szeregiem niebotycznych wież, świecący nieprzepartą bramą. Tak powstało przypuszczenie, że drugi koniec świata jest zamknięty murem.

Ale po co ten mur? I to dało się wytłumaczyć. Mur zbudowano po to, aby Goga i Magoga zamknąć aż do strasznego dnia zagłady. Wiedział Pan Bóg, że do każdego więzienia potrzeba dozorcy i na warcie postawił księdza Jana, który zapewne przechadzał się wzdłuż pustyni, odmawiał pacierze i na mur spoglądał. Zacny ksiądz Jan! Niech mu Bóg da zdrowie i życie jak najdłuższe, bo dopóty będzie spokój, dopóki on pilnuje.

Elżbieta i Ludmiła przybyły do królestwa księdza Jana. Jakaż była radość, gdy znalazły się między ludem chrześcijańskim i na wielu namiotach dostrzegły zatknięte krzyżyki. Wprawdzie trzej nestoriańscy księża, którzy wędrowali za wojskiem, przez całą drogę opowiadali o tym, ale branki już nikomu i niczemu nie dowierzały, a zresztą, choćby to miało być prawdą, wątpiły, czy potrafią dojść do celu, czy nie umrą w drodze.