Mówiono, że czeka je rok podróży, tymczasem trwała ona dwa lata. Jechały na skrzypiących wozach przez niezmierzone stepy, przedzierały się przez śniegi gór ałtajskich, przez wąwozy Ujgurów i Najmanów89, przeprawiały się przez trzydzieści rzek, okrążały pięćdziesiąt jezior, aż na koniec stanęły u gór karakorumskich i w porównaniu z innymi krajami ten wydawał im się bardzo piękny. Wzgórza okrywały bujne lasy, wody były obrzeżone kwieciem. Wszystko dokoła tchnęło barbarzyńskim przepychem. Tutejsze jurty nie przypominały czarnych niskich budek, które można zwinąć i położyć na wózek, to były prawdziwe domostwa, niesłychanie ozdobne i ustawione na wozach o imponujących rozmiarach. Bogaty Mongoł był właścicielem stu albo dwustu takich wozów. Każda z jego małżonek posiadała ogromny dom, za którym jechało wiele mniejszych; mieszkały w nich służebnice. Dwór bogatego Mongoła wyglądał więc jak miasto. Wnętrze mieszkań łatwo sobie wyobrazić, biorąc pod uwagę wszystkie zdobycze, jakie z całego niemal świata spływały do mongolskich skrzyń. Szczególnie teraz, kiedy wyprawa powracająca z Polski i Węgier przywiozła nowe łupy, jurty pękały od bogactw. Były to nieprzebrane skarby: chińskie wazony i paryskie naszyjniki zrabowane w belgradzkich sklepach, tybetańskie tkaniny i krakowskie sukna, weneckie zwierciadełka i perskie pancerze, misy z angielskiej cyny i poduszki haftowane w Samarkandzie, rubiny badakszańskie90 i polskie bursztyny, Biblie, Korany i księgi Konfucjusza91, którymi bawiły się tatarskie dzieci, wydzierając z nich inicjały i obrazki. W nowych warunkach branki znalazły dużo więcej wygód i mogły spróbować europejskiego stylu życia. Kiedy dojechały do brzegów Orchonu92, spotkała je jeszcze jedna niespodzianka. Ujrzały miasto już nie na kołach, ale na kamiennych fundamentach, prawdziwe miasto.
Karakorum
Dżyngis-chan od kolebki do śmierci utrzymywał przydomek Niszczyciela. Tysiące miast zburzył, lecz ani jednego nie zbudował. Następca jego, Ogotaj, nie wzdychał bynajmniej do chwały ojca. Trzeci z rzędu syn Dżyngis-chana wyróżniał się wśród braci tym, że był ludzki. Obok wielkiej waleczności, której jeszcze za życia ojca dał dowody, posiadał, jak na Mongoła, zdumiewającą łagodność i wyrozumiałość. Nie śmiał postępować wbrew woli rodzica, ale z powodzeń i tryumfów czerpał inne niż on korzyści. Poddał się w sensie duchowym wpływom ludów zwyciężonych i zaczął powoli smakować, jeżeli nie w naukach, to przynajmniej w rozkoszach.
Objąwszy dziedzictwo obciążone przekleństwami, Ogotaj znalazł się w trudnym położeniu. Musiał rozszerzać zabory ojcowskie; nowych laurów i królestw domagała się rodzina, żądał ich cały naród. Nie mógł się obmyć z krwi przodków, ale przynajmniej własną ręką jej nie przelewał. Prowadzenie wojen powierzył braciom, a sam chętnie słuchał roztropnych doradców. Pozwalał, żeby zaprowadzono ład, zmniejszono ucisk, grabież i prześladowania. Protestem przeciwko niszczeniu było założenie stolicy; chan postanowił, że po raz pierwszy coś zbuduje.
Pod górami karakorumskimi, nad pięknym brzegiem Orchonu, istniały jeszcze ślady starożytnej stolicy Ujgurów, słynnego przed pół tysiącem lat Ordu-Bałyku, i właśnie tu chan wzniósł miasto godne jego potęgi.
Już z daleka widniał dach Ogotajowego pałacu, zielony i błyszczący, z gzymsem obwiedzionym dokoła srebrnymi wisiorkami, dzwonkami i metalowymi trójkątami, które przy najmniejszym wietrzyku potrącały się z cichutkim świergotem, a kiedy nadeszła pustynna zawieja, grały muzyką tęskną jak serce chińskiego mistrza, który je tam zawiesił. Na narożnikach dachu pełzały cztery złote smoki, rozdziawiające paszcze ku czterem stronom świata. Na samym szczycie budowli kilka ogromnych, złocistych strzał powiewało kiściami buńczuków.
Największym powodem do dumy była sala na tysiąc osób, wysoka jak kościół, podparta dwoma szeregami słupów dzielącymi ją na trzy nawy. Tam Ogotaj siadywał na okrągłej, złotogłowej poduszce wyszywanej perłami, obramowanej dokoła jedwabnym sznurem zakończonym puszystymi chwastami. Przed sobą miał niski hebanowy stolik, wyłożony gorejącą gwiazdą z podłużnych topazów. Obok, na nieco niższej poduszce, królowała pierwsza małżonka chana.
Do podwyższenia, na którym siedziała para królewska, prowadziły schody wysłane bogatymi kobiercami, gdzie w nieustannych ukłonach pełzali podczaszowie; na klęczkach podawali misy i puchary ciężkie od złota, srebra i klejnotów. Kto śmiał spojrzeć na monarchę, nie widział nic, tylko jedno tęczowe olśnienie.
Po dwóch stronach podium amfiteatralnie piętrzyły się ławy, na których siedziała rodzina cesarska; po prawicy chana synowie i bracia, po lewicy żony i córki. W prawej bocznej ławie siedzieli mężczyźni, sami dygnitarze, doradcy, wodzowie, behadyry93, nojany94, terchany95. W lewej nawie niewiasty, małżonki cesarzy, panie ministrowe i generałowe, każda z orszakiem córek i krewniaczek.
Ściany sali były krwistoczerwone, powleczone chińskim pokostem, który stanowił tło dla złotych motywów: jaskółek, motyli i płazów. Słupy i górne wiązania także kapały od złota.