— Nie dziwota, mateczko. To poselstwo kalifa Bagdadu. Jest na co patrzeć! Ach, ta szabla tam, widzicie? Niby tylko stal, a jakież to cudowne! Albo ta spinka ze szmaragdów, co za kamienie, co za oprawa! Mój ojciec musi tu koniecznie przyjść i zobaczyć... — Filipek stał, gapiąc się na wszystko jak dziecko i jak artysta.

— No, chodźmy już, chodźmy. — Elżbieta pociągnęła go za rękaw. — Chyba do wieczora nie zajdziemy na ten bazar.

Przechodzili przez obozy coraz to innych poselstw. Tuż za bagdadzkimi namiotami, w niejakim odosobnieniu, stało kilka wózków tatarskich i wychudłe konie, przy których kręcili się jacyś ludzie. Filip, który miał sokole oczy, od razu wypatrzył zakonników.

— Jeśli się nie mylę, to chyba posłowie z Rzymu.

— Gdzie? — spytała nerwowo Elżbieta, rozglądając się i szukając europejskich strojów.

Dopiero gdy chłopiec wskazał tabor, dostrzegła dwie chude, wysokie postaci, które miały w koło podgolone włosy i bose stopy wsunięte w sandały. Brunatne habity z kapturem wisiały na nich jak na kołku. Obaj odwróceni byli tyłem i rozmawiali z Azjatami. Od razu rozpoznała habity franciszkańskie. Podbiegła bliżej. Jeden z nich odwrócił się i wtedy dostrzegła twarz zwiędłą i żółtą jak wosk, ale tchnącą niewymownym spokojem i dobrocią. Stanęła jak wryta; chciała krzyczeć, ale głos jej uwiązł w piersiach. Złożyła tylko ręce jak do modlitwy i drżała ze wzruszenia.

Zakonnik przyglądał się jej niepewnie; nie dowierzał własnym oczom, na koniec rozkrzyżował ręce i krzyknął po polsku:

— Pani Elżbieta! Wielki Boże! Niech będzie pochwalony...

Brat Benedykt

W żółtym atłasowym pokoiku stroiła się Ludmiła. Postawiono przed nią syryjskie srebrzyste zwierciadło, wybornie wygładzone, w miedzianej kunsztownej ramie. Było zanadto ciężkie, by lakowe stoliczki albo cienkie ściany mogły je utrzymać; postawiono je więc na dywanie, trochę skośnie, a Ludmiła, chcąc się w nim przejrzeć, musiała przysiąść nisko na podłodze.