— Można, ale dużo dalej. Trzeba iść przez obozowisko posłów.
— A puszczą nas?
— Mnie wszędzie puszczą. Niech tylko powiem, że idę od złotnika Wilhelma, to się zaraz rozstępują jak przed jakimś nojanem — przechwalał się Filipek. W pewnej chwili złapał się za głowę i krzyknął: — Dostałem polecenie od ojca, jeszcze wczoraj wieczorem, jak mi święty Dionizy miły, zapomniałem! Tyle tu rzeczy ciekawych, że człowiek o rodzonym ojcu zapomina. Chcecie, to pójdziemy razem, wracać się już nie warto.
— Dobrze. Niech też i ja zobaczę tych posłów. A słyszałeś, Filipku, że podobno są z Francji?
— Bajka, nie z Francji, ale z Rzymu. Ja ich jeszcze nie widziałem, ale Węgrzyn mi mówił, że to są księża przysłani przez samego papieża.
— Ach! — zawołała Elżbieta. — Tak bym chciała, aby to była prawda! Żeby tak można było się wyspowiadać, poradzić w trudnych sprawach! Myśmy już pięć lat nie widziały prawdziwego księdza!
Doszli do zagranicznych taborów.
— O, teraz warto spojrzeć! — zawołał Filipek.
Elżbieta podniosła wzrok i oczy jej zabłysły. Po prawej stronie drogi, w pełnym blasku słońca, stały pąsowe namioty ze złotymi kiściami i sejwanami. Pod namiotami słały się kobierce jak łąki pełne kwiatów. Wszędzie kręcili się ludzie w długich szatach obszytych najwspanialszymi futrami. Na głowach mieli turbany o tulipanowych zwojach, spięte drogocennymi broszami, spod których strzelały oczy jak czarne diamenty. U boku zwisały krzywe szable wysadzane rubinami i szafirami. Nawet szkarłatne czapraki koni kapały od pereł.
— Chyba przybyli z najbogatszego królestwa na świecie? — zastanawiała się Elżbieta.