Nie wiadomo kiedy rozmowa o strojach zamieniła się w ploteczki, głównie z powodu pewnej nie sprawdzonej wieści. W obozie od kilku dni opowiadano sobie, że pomiędzy ambasadorami są jacyś „posłowie od Franków”. Na pewno ludzie z Europy. Ale z jakiego kraju? W jakim celu przysłani? Pewien Tatar opowiadał drwiąco, że to posłowie z kraju, którego nie warto podbijać, wychudli, obdarci, powrozem przepasani i w drewnianym obuwiu.
— Może to zakonnicy — zastanawiała się Ludmiła. — Może franciszkanie? Oni właśnie opasują się sznurem i noszą sandały. Ale skądże by się tu wzięli?
— Wiesz co — zaproponowała Elżbieta — wybiorę się na bazar i rozpytam o tych posłów. Postaram się wszystkiego dowiedzieć. A ty zacznij się stroić, bo robi się późno. — Po tych słowach wybiegła.
Zważywszy, że poszukiwania zabiorą pewnie dużo czasu, wolała opowiedzieć się Argunie.
— Proszę pani — rzekła — nasz panicz ma już sporo sukien, ale wszystkie strasznie zwyczajne i proste. Chciałabym zrobić coś ładniejszego, jak przystoi na dziecko pańskie. Umiem haftować złotem i jedwabiami. Teraz, kiedy już ma w czym chodzić, mogłabym popracować staranniej, bez pośpiechu. Jeśli pani pozwoli, przejdę się po bazarach i poszukam nici. Są tu różni kupcy z chrześcijańskich krajów, zajrzę do nich, tam najprędzej znajdę to, czego mi trzeba.
— A proszę — ucieszyła się Arguna — idź, gdzie chcesz. Kupuj, szukaj, a jak zrobisz coś ładnego, to dostaniesz nowy kożuszek.
Elżbieta wybiegła jak na skrzydłach. Wkrótce jednak zwolniła kroku i zaczęła się nerwowo rozglądać. Wśród namiotów i wozów było mnóstwo uliczek, ale wszystkie do siebie podobne. Panował straszny tłok i wrzawa. Zatrzymała się przy skoczkach, którzy popisywali się zręcznością, ale zaraz niewolnicy zaczęli rozpędzać pospólstwo; przejeżdżała jakaś ważna osobistość. Na szczęście nawinął się przewodnik. Był nim Filipek, syn złotnika Wilhelma, czupurny dwunastoletni chłopak. Od pięciu lat chowany między pogaństwem trochę przypominał Tatarzątko, a trochę gamina109 paryskiego. Nikt się tak nie cieszył kuryłtajem, jak ten chłopak o czarnych, rozbieganych oczkach. Wszędzie musiał nos wścibić, wszystko sprawdzić, z każdego pożartować, a przy tym oddawał tysiące usług.
W najlepsze sobie gwizdał, stojąc przed perskim straganem, kiedy zaczepiła go Elżbieta.
— Do bazaru? Najlepsza będzie inna droga — powiedział rezolutnie Filipek i już chciał dokładnie wszystko tłumaczyć, kiedy Elżbieta przerwała:
— A tędy dojść nie można?