Ludmiła wreszcie zrozumiała i krew uderzyła jej do głowy.

— I ty mówisz, że on widział Jasia? Gdzie?

— A we Wrocławiu, u mojego brata!

— Więc dostał się tam? I żyje? Zdrów?

— Zdrów! Cudownie wygląda! Ciągle o nas mówi.

— O Boże! — krzyknęła Ludmiła. — Jaki Ty jesteś dobry! Ocaliłeś Jasia! Przynajmniej nie na próżno... — przerwała, ale Elżbieta za nią dokończyła:

— Tak, przynajmniej nie na próżno się poświęcałaś. Ty go uratowałaś. Dzięki tobie żyje i chowa się u wuja. Czyż to nie cud prawdziwy, że możemy o tym wiedzieć? Bóg wysłuchał naszej prośby, choć zdawała się czystym szaleństwem.

Niewiasty przeżegnały się i ukryły twarz w dłoniach. Kiedy podniosły głowy i spojrzały sobie w oczy pałające szczęściem, wybuchnęły płaczem.

— Niechże i ja go zobaczę, Elżuniu. Chodźmy tam albo tutaj go sprowadźmy...

W tej chwili zasłona się odchyliła i wbiegła niewolnica wołając: