— Pani, behadyr przysyła! Kazał powiedzieć, że czeka. Przed namiotem są konie i ludzie.

— Że też właśnie dziś musiała wypaść ta ich uczta — skarżyła się Ludmiła. — Są dni, kiedy nie wiem, co robić z czasem, a dziś, kiedy chciałabym spotkać się z bratem Benedyktem...

— Prawda, że to istna przekora... — mówiła nie mniej zmartwiona Elżbieta. — Mój Boże! Nawet w takiej chwili nie możemy się nagadać, nacieszyć! Ale cóż robić, moja Ludko? Powiem ci na pocieszenie, że braciszek Benedykt właśnie teraz, razem ze swoim towarzyszem, wybiera się do jakiegoś księcia Jarosława.

— Więc jest z nim i drugi? — zdumiała się Ludmiła, poganiając ręką służebnice, by szybciej przypinały bottę.

— Jest jakiś Włoch, wygląda jak święty. Mówili, że na pewno tam długo zabawią. Dopiero po zachodzie słońca mamy się spotkać...

— Gdzie? U kogo?

— U złotnika Kuźmy110. Kuźma prosił, aby słudzy boży wstąpili do niego, choćby późnym wieczorem. Ja przyrzekłam, że przyjdę razem z tobą. Wyszła mi zupełnie z głowy ta uczta...

— Wiesz co, Elżuniu? Może uda mi się wyrwać stamtąd. Może choć na chwilę wpadnę...

— Byłoby cudownie! Ja bez ciebie nawet się cieszyć nie potrafię. Ale przemyśl to, Ludko, zrób tak, aby się mąż nie pogniewał.

— Czego by miał się gniewać? Przecież nie mogę tam całą noc siedzieć i patrzeć na ich pijatykę? On wie, że ja tego nie znoszę...