— Co to jest? — zapytała Ludmiła głosem zdradzającym zainteresowanie.
— O! Tędy trzeba przechodzić z uszanowaniem — odpowiedział Ajdar. — To Jassa, księga ustaw, jaką nam zostawił Dżyngis-chan, na każdy kuryłtaj uroczyście przywożona ze skarbca i otwierana przez najstarszych książąt. Odczytują ją głośno, żeby potomkowie w każdym przedsięwzięciu kierowali się wolą największego z ludzi.
Weszli do namiotu. Wnętrze, obwieszone draperiami z białej purpury, i biała pilśniowa podłoga pływały w mlecznym świetle. Przez ogromny otwór w górze wpadały do sali promienie słońca i rozchodziły się wielkim żółtym kręgiem, tworząc sadzawkę światła. W słonecznym kręgu na podium, do którego prowadziło siedem stopni, stał biesiadny stół. Dalej, już tylko po trzech stopniach, wchodziło się na podwyższenie, na którym znajdował się pierścień miejsc drugorzędnych. Najniżej, bo już na samym pilśniowym kobiercu, ciągnęły się trzy kręgi olbrzymich ław, nakrytych obrusami z białej jedwabnej kitajki111. Lśniły naczynia, między nimi nie było żadnej misy, same czary do picia o przeróżnych kształtach. Najwyżej stały kielichy agatowe, onyksowe i złote, wysadzane kamieniami, niżej kubki srebrne z Europy, szklane z Chin i prawdziwe tatarskie, drewniane, oplecione metalową siatką.
Przy wejściach i pod ścianami trzymali straż młodzieńcy w perskich atłasowych strojach wśród lasu buńczuków112, które nie były z bawolich ogonów, ale z pięknie farbowanej na szkarłatny kolor wełny; powiewały jak pióra. Za nimi stali muzykanci z długimi surmami113, brzuchatymi miedzianymi kotłami, talerzami i chińskimi trójkątami. Nikt nie siedział. Wiele osób spoglądało ku zachodnim drzwiom; wyraźnie na kogoś czekano. Goście stali gromadami, rozmawiając, śmiejąc się i żartując. Stroje niewiast były olśniewające. Ludmiła, jak żyje, nie widziała tylu cudownych tkanin i kosztownych klejnotów. Przepych strojów gasł przy urodzie tych, które je nosiły; była to jakby prezentacja piękności i wdzięku niewiast z całego świata. Jaśniały Gruzinki o dziecięcych twarzyczkach i ogromnych zdziwionych oczach, kobiety z Azji Mniejszej o kameowym profilu i miękkich jońskich kształtach, Turczynki ospałe jak motyl, który się upił wonią kwiatów. Było kilkadziesiąt energicznych Madziarek, mnóstwo okrąglutkich Rusinek z długimi rzęsami, na koniec niezliczone Chinki, uchodzące za najpiękniejsze na świecie.
Mimo niebezpiecznego porównania z cudzoziemkami, niezwykle korzystnie wyglądały północne Azjatki, rosłe, zgrabnie zbudowane, ze świeżą cerą i dziwnie przeszywającym, figlarnym spojrzeniem skośnych oczu. Nade wszystko przyciągały uwagę usta, malinowe, zarysowane w kształt serduszka. W tym zgromadzeniu, jak łatwo się domyślić, nikt nie dorównywał im liczbą, przepychem i dostojeństwem.
Ajdar zmierzał do koronowanych głów. Przeciskając się przez tłum, dotarł do podium i z wielkimi oznakami wdzięczności przedstawił rejentce114 swoją żonę. Rejentka Turakina była gruba i zamaszysta. Szaty tak opięła, okuła blachami, pętlicami, sieciami ze złota i kamieni, że wyglądała jak rycerz w rynsztunku; ledwie mogła się ruszać. Za młodu musiała być ładna i powabna, w czasie gdy Ogotaj wyniósł ją na pierwszą małżonkę. Dziś już nie pozostało śladu piękności w zbyt czerwonej twarzy, w zwiędłych i szponiastych rękach, które tak dobrze potrafiły zgarniać skarby i korony.
Rejentka lekko skinęła głową i rzekła do Ajdara:
— Naprawdę śliczna, winszuję zdobyczy. — I wnet odwróciła głowę, by zająć się znaczniejszymi gośćmi.
Ludmiła przeniosła wzrok na postać jaśniejącą tuż obok Turakiny, wspanialszą i wyższą prawie o głowę. Była to księżna Siurkukteni115. Wyglądała na prawdziwą cesarzową. Jej strój nie był przeładowany bogactwami, skrojony trochę z europejska; czarny, wyszyty rubinami, rozchylał się na przodzie, pokazując tunikę ze złotogłowiu, a z tyłu przedłużał się powłóczyście na kształt monarszego płaszcza. Botta nie wznosiła się przesadnie wysoko; na jej czarnym tle, wśród kilku rzadkich klejnotów, błyszczał święty medalik, wyrób mistrza Wilhelma. Ludmiła wpatrywała się w księżną z zachwytem i podziwem. Niedawno powiedziano jej, że Siurkukteni ma już wnuki, tymczasem patrząc na nią, trudno było w to uwierzyć. Włosy czarne, oczy gwiaździste, majestatyczny owal twarzy, wszystko to sprawiło, że jaśniała jak wróżka, która czarami zaklina piękność, nie bojąc się ani lat, ani troski. Księżna musiała dostrzec magnetyczny wzrok Ludmiły, bo skierowała oczy w jej stronę i uśmiechnęła się ciepło i przyjaźnie. Ludmiła odpowiedziała uprzejmym ukłonem. Kiedy podniosła głowę, jej spojrzenie padło na niezwykle wystrojoną kobietę.
— Cóż to za osóbka tańczy przy księżnej Turakinie? — zwróciła się do męża.