Z kłopotliwego milczenia, jakie między nimi nastało, wybawiła ją zaczepka sąsiadki. Cyryna długo gryzła z rozkoszą swój stepowy befsztyk, a ten widocznie przywrócił jej dobry humor, bo ledwie skończyła, wytarła rączki o jedwabny obrus i zaraz potem chwyciła suknię Ludmiły.
— A z czego to zrobione? Gdzie kupione? A może z wojny? — szczebiotała dziewczynka. Zdawało się, że nie będzie końca natrętnym pytaniom, ale Cyryna nagle umilkła, zdziwiona ciszą, która zapanowała w namiocie.
Ustały rozmowy, wszyscy nasłuchiwali. Z daleka brzmiał religijny, chóralny śpiew. W oczach gości zamigotało podniecenie.
— Już idą! Już idą! — szeptali, czekając niecierpliwie na chwilę, która miała nadejść.
Kilku podczaszych rozsunęło w namiocie zapony117 i ukazał się rodzaj ogromnej alkowy, w której stały stągwie, kociołki i konwie, wszystkie napełnione kumysem. Wschodnimi drzwiami weszli nestoriańscy księża w złocistych, powiewających szatach. Za nimi szli diakoni z księgami. Otworzyli je tuż przed alkową i zaczęli śpiewać po syryjsku, wyciągając ręce i błogosławiąc stągwie, kociołki i konwie.
Zgromadzeni wyznania nestoriańskiego upadli na ziemię. Księżna Siurkukteni, uwięziona w swojej ciasnej sofie, z wielką skruchą uderzała czołem o stół, a Cyryna biła główką o kobierzec tak zawzięcie, że dźwięczały wszystkie bąbelki na jej warkoczykach. Po błogosławieństwie kapłani siedli za stołem. Za chwilę weszło grono duchownych mahometańskich z księgami na głowie i pantoflami w ręku; ci najkrócej się modlili. Podczas błogosławieństwa muzułmanie stali złamani w pół, z rękami złożonymi na piersiach, po czym podczaszy zaprosił imamów do uczty. Jeszcze nie zdążyli usiąść, a już do namiotu wpełznął długi, jasny szereg lamów. W ręku mieli sznury z węzełkami, podobne do różańców, a na głowach złote mitry, przypominające biskupie infuły. Lamowie, siadłszy na ziemi przed alkową, z małych książeczek szeptali modlitwę w niezrozumiałym języku. Tymczasem wszyscy buddyści w namiocie klękli i powtarzali głośno i nabożnie jakieś dziwne wyrazy. Kiedy lamowie skończyli, na ich twarzach, dotąd pełnych namaszczenia, pojawił się towarzyski uśmiech. Jednak podczas modlitwy panowały w namiocie skupienie i powaga. Zwłaszcza rodowici Mongołowie wzdychali żarliwie. Sam Kujuk przy każdym błogosławieństwie schylał głowę z uszanowaniem.
Teraz dopiero zaczęła się prawdziwa uczta. Najstarszy podczaszy wziął złoty dzbanek, zaczerpnął kumysu, wszedł na wzniesienie i napełniwszy agatową czarę, podał ją na klęczkach Kujukowi. Kiedy książę podniósł ją do ust, trąby zagrzmiały tryumfalną fanfarę, a podczas gdy powoli popijał, jeden z tolholosów siadł na stopniach estrady i zaczął śpiewać pieśń hardą, porywającą o zwycięskich wojnach, w których Kujuk odznaczył się odwagą i bohaterstwem. Gdy się skończyła pieśń, rozpoczęło się podawanie kumysu, tarassunu, araki i wina. Wnet goście się rozruszali, rozwiązały się usta.
Przy stole księcia Kubilaja wszystkie miejsca zajmowali Chińczycy, bo Kubilaj był rozkochany w chińskiej kulturze; wstydził się ciemnoty Mongołów i marzył o ich oświeceniu. Tatarzy oskarżali go po cichu, że jest całą duszą Chińczykiem, a mandarynowie garnęli się do niego jak do gwiazdy zbawienia. Kubilaj, zawsze otoczony uczonymi, kształcił swój umysł, przeznaczając czas na rozmowy z nimi i na czytanie ksiąg. Teraz oto siedział nie na sofie, ale na krześle, pod które co chwila, mimo woli, podwijał nogi. Do jego stołu podawano śliczne, malowane miseczki pełne białych podłużnych ziarenek, które Chińczycy z niepojętą zręcznością wyławiali kościanymi pałeczkami.
— Co oni tam jedzą? — zapytała Ludmiła.
— Ryż.