— A no, chciałby pójść ze mną.
— Moje kochane dziecko!... — jęknęła Elżbieta, a jej serce pękało z bólu.
Do izby wtargnęła gromadka słowiańskich niewolnic, dzieci i jeńców, którzy dopiero teraz mogli wyrwać się z domu. Otoczyli zakonników, prosząc o błogosławieństwo. Niektóre dzieci urodziły się w niewoli i matki pragnęły je jak najszybciej ochrzcić.
Kiedy polski franciszkanin rozprawiał z nowo przybyłymi, Elżbieta i Ludmiła zaczęły podpytywać jego towarzysza:
— Brat Benedykt opowiadał nam, jak Tatarzy pędzili was do Karakorum. Czy chcieli zagłodzić was, zamęczyć?
— Prawdę mówiąc — przerwał złotnik Wilhelm — szalona jazda to u nich nie nowina. Zawsze tak jeżdżą, jak chodzi o jakąś ważną sprawę. A tutaj chodziło o pokazanie znakomitych gości na sejmie. Wiem z dobrego źródła, że poselstwo przysłane aż z Romy niezmiernie im pochlebia.
— Prawda — potwierdził Jan de Caprino. — Ciągle nam przez drogę powtarzali, że tylko dlatego śpieszą, aby zdążyć na elekcję.
— A ja myślę — sarknęła Ludmiła — że oni nie tylko chcieli na kuryłtaju pochwalić się poselstwem, ile przed posłami pochwalić się kuryłtajem, bo według nich, jak świat światem nie ma równej wspaniałości. Myśleli, że was oczarują, a może przestraszą...
— I po części dopięli celu — odparł zakonnik. — Tak, w skrytości ducha, jesteśmy nie tylko zdumieni, ale i przerażeni.
— Czym? — dziwiono się dokoła.