— Wyszli i nic nie wzięli! To doprawdy łaska boska! I od nas, i od Węgrów poszli, ani jeden Tatar nie został.
— A nasza księżna Kinga pewnie ratuje nędzarzy?
— Tak, miłościwa pani najbardziej biednych kocha. Pełno ich w całym kraju. Gdzie się ruszyć, wszystko sami nędzarze, a gdzie spojrzeć, to zgliszcza i rozwaliska.
— Wszak i Kraków się spalił. Spalony ze wszystkim? — dopytywała się Elżbieta. — I z tym prześlicznym kościołem, co się wznosił na chwałę Panny Maryi?
— Ten kościół nie ucierpiał. I nie tylko ten jeden; wszystkie inne też się uchowały. Kiedy wyjeżdżałem, to krakowianie się krzątali, jakby nigdy nic, a książę mi mówił, że jak odbuduje miasto, przy boskiej pomocy, to będzie dwa razy wspanialsze niż pierwej.
— Czy to nie cud prawdziwy, ojcze Benedykcie, że właśnie was tu przysłano, was, a nie innego — wtrąciła się do rozmowy Ludmiła. — I czy to nie drugi cud, żeście przed odjazdem widzieli Jasia?
— O! — rzekł Benedykt — kiedy Pan Bóg plany układa, to wszystko jakimiś tajemniczymi drogami według Jego woli musi się spełnić. Nasz przeor w Krakowie odebrał od Stolicy Apostolskiej pismo. Donoszono mu, że Ojciec Święty wyprawia do Tatarów posła, który ma iść przez Polskę, i nakazywano, aby jeden z nas, braci krakowskiego konwentu, mu towarzyszył. Mówiliśmy sobie: „A toż śmierć i korona męczeńska prawie pewne!”. Ale kogo starsi wybiorą? Radzili przez cały wieczór, a ja się modliłem. Noc przeleżałem krzyżem w mojej celi, prosząc nie wiadomo o co, bo chciałem, ale nie śmiałem błagać Pana o tak wielką łaskę. A jednak mówiłem w duszy: o, Panie, jeśli mogę się tam komu przydać, czy do zbawienia, czy do pocieszenia, wejrzyj na Twojego sługę!... I myślałem o wszystkich moich znajomych wziętych do niewoli, których mógłbym jeszcze raz zobaczyć i pokrzepić słowem... Może też wasze łzy i zasługi wyprosiły mi tę wielką radość? Nazajutrz rano schodzimy się wszyscy, a starsi wymieniają moje imię. Myślałem, że padnę. Kazano mi natychmiast udać się do Wrocławia, bo poseł miał tamtędy przechodzić. We Wrocławiu, ma się rozumieć, odwiedziłem księdza Macieja, a u niego zastałem Jasia, całego i zdrowego. Ażem skamieniał z radości. Myślałem przez chwilę, że i wy wróciłyście.
— Ojcze — szepnęła Elżbieta. — Czy powiedzieliście Jasiowi, że spotkacie się ze mną?
— Nie, tego nie mówiłem. Któż mógł wiedzieć, że żyjecie, że się spotkamy... Po co dawać zawodne nadzieje... A poza tym...
— Co poza tym?