— Wyśmienite... — chwalił braciszek, popijając powoli.
— Wyśmienite... — powtórzył gospodarz, wdzięczny za pochwałę. — To nie takie piwko jak u nas, no, ale zawsze lepsze niż ten paskudny kumys124.
— Oj, prawda — potwierdził brat Benedykt. — Ja i brat Jan nie możemy w żaden sposób przywyknąć do kumysu, bo to ćmi w oczach i dławi w gardle...
— To prawda — poparła Ludmiła. — Mój mąż sto razy mnie prosił, abym popróbowała, ale nigdy nie chciałam. Nie mogę mu powiedzieć dlaczego, ale to pewne, że nigdy w życiu nie będę piła kumysu.
— A to dlaczego? — spytał Kuźnia.
— Kiedy nas brano do niewoli w Iłży, to była najokropniejsza noc w moim życiu, pewien człowiek zmusił mnie, abym skosztowała kumysu. Odtąd nie mogę patrzeć na ten piekielny trunek. Sam zapach mnie przeraża... zaraz mi się zdaje, że jestem znowu w tej czerwonej izbie, czuję krew...
— Przepraszam! — zawołał Wilhelm Buchier. — Ja tam żadnej krwi nie czuję i ośmielę się powiedzieć, że kumys jest smaczny!
Towarzystwo rozdzieliło się na dwa obozy. Francuzi i Węgrzy otaczali Włocha, który porozumiewał się z nimi trochę z prowansalska, trochę po łacinie. Tam głównie rej wodził Wilhelm Buchier, bo jako niedoszły kleryk potrafił posługiwać się łaciną. Druga gromada, oblegająca polskiego braciszka, była liczniejsza, bo złożona ze Słowian, od których wówczas roiła się Mongolia. Branki nie mogły nacieszyć się towarzystwem brata Benedykta na tyle, na ile serce go pragnęło. Kapłan musiał przecie obdzielać wszystkich nieszczęśliwców słowami pociechy.
Elżbieta wydzierała mu każdą wolną chwilę.
— Ojcze najmilszy, jest rzecz, która nas okrutnie przez te wszystkie lata niewoli dręczyła: czy Tatarzy125 zupełnie od nas wyszli, czy nie wzięli żadnego kawałka naszej ziemi?