— A to właśnie źle! Pogański obyczaj. Nikt nie powie, że u Kuźmy głodno jak u Tatara. Hej! Chłopcy! Dawać mi tu zaraz ten bukłaczek, który dzisiaj kupiłem.

Czeladź Kuźmy rzuciła się do służenia. Przysunięto stół gruby, z desek zbity, na którym złotnik zazwyczaj pracował. Filipek zgarnął w fartuch świdry, noże i obcążki. Kuźma tymczasem krzątał się w kącie izby, wynosił stamtąd jakieś rzeczy i powoli rozkładał na stole.

— Oto — objaśniał — wino greckie. Słyszałem, że niezłe, ponoć sam cesarz w Carogrodzie takie właśnie pija.

Starszy poseł umoczył usta w podanym sobie pucharku, uśmiechnął się szeroko i podziękował:

Grazie! Mille Grazie!123

— A wy, ojciec Benedyktus, może wolicie, po naszemu, napić się ze mną piwka?

— Jak to? Macie piwo?

Kuźma chwycił jedną z wąskich flaszek i zaczął napełniać puchar bladożółtym, przezroczystym płynem.

— Ależ to na wino wygląda — dziwił się zakonnik.

— I nie tylko wygląda — wtrącił Wilhelm Buchier — ale i smakuje zupełnie jak nasze wino. Gdyby nie pachniało piwem, to trudno byłoby poznać.