— O, nie! — odparł żywo mnich. — Niestety nie! Wolałbym, żeby tak było, ale to dziecko wszystko pamięta! Schnie i marnieje z tęsknoty. Podobno był to miły i wesoły chłopczyk, teraz stał się ponury, mrukliwy, siedzi w ciemnym kącie i płacze. Na nikogo patrzeć nie chce. Długo nie mogłem słowa z niego wyciągnąć, na koniec zrozumiałem, że on ma żal do wszystkich, do wuja, do mnie, do całego świata.
— Za co?
— Jemu się wydaje, że to przez nas nie może widzieć się z matką. Ciągle powtarza, że ona gdzieś na niego czeka. Kiedy mu tłumaczyłem: nie możesz być teraz z matką, ona jest daleko, u pogan. A on na to: „To i ja chcę być u pogan”. Trzeba długich lat pracy, nim się ta skołatana duszyczka uspokoi. Przy pani Elżbiecie nie śmiałem o tym wszystkim rozpowiadać... Lepiej niech ona nie wie...
— A wuj dla niego dobry? — podpytywała Ludmiła.
— Bardzo dobry! Już co do opieki, to chyba i w Żegnańcu nie miał lepszej. Wuj tylko dla niego żyje.
— No, to przynajmniej pociecha. A ten poczciwy ksiądz Maciej, jak się miewa, czy nadal taki raźny i uśmiechnięty?
— O, nie! Zmienił się bardzo... Nie poznałybyście go wcale. Te wszystkie nieszczęścia, jakie spadły na kraj, zabiły w nim wesołość. W oczach niektórych ludzi może stracił, ale w Bożych niezawodnie zyskał. Usunął się od wszelkiej świeckiej roboty; kiedy książęta chcą go słać na obce dwory, odmawia pokornie. Ostatnio tak do mnie prawił: „Teraz dopiero widzę, na co się zdała ta nasza mądra polityka, te mrówcze zabiegi. Myślałem, że jak zadzierzgniemy sojusze z różnymi królestwami, to będziemy i mocni, i szczęśliwi. Serce mi rosło, kiedy miasta wychodziły spod ziemi, gospodarstwa kwitły, a świątynie Pańskie błyszczały jak słońce. A tu Pan Bóg wypuścił pogańską szarańczę i wszystko przepadło. Zostały gruz i trupy, a z królów, którzy się do nas mizdrzyli, żaden nie przyciągnął na ratunek. Lepiej służyć Bogu niż królom”. Jak mówi, tak czyni. Swoje powinności kapłańskie spełnia sto razy żarliwiej niż przedtem, a wolny czas poświęca Jasiowi. Choć między Bogiem a prawdą niewielka pociecha z takiego płaczliwego dziecka.
— Ach, Ludko — Elżbieta podeszła do rozmawiających — jakże ja żałowałam, że ciebie tu wcześniej nie było! Ojcowie opowiadali takie ciekawe rzeczy o swojej podróży, zupełnie jakbym czytała żywoty świętych. Gdyby ojciec chciał choć trochę opowiedzieć mojej przyjaciółce...
— To wszystko ciekawe — wtrącił grubym głosem Kuźma. — Miło tego słuchać, ale my kochanym ojczulkom każemy gadać, a trzymamy ich o głodzie. Trzeba co przekąsić!
— Ależ to niepotrzebne — dziękował dobrotliwie brat Benedykt. — Tatarzy odzwyczaili nas od jedzenia.