— To wszystko chrześcijańscy niewolnicy, którzy się z jurt powymykali, by zobaczyć świątobliwych posłów i choć słówko usłyszeć z rodzinnych okolic — objaśniał służący.
— Ach, wreszcie jesteś! — radośnie zawołała Elżbieta, która spostrzegła przyjaciółkę i chwytając ją za rękę, natychmiast pociągnęła ku zakonnikom.
Ludmiła rozpłakała się z radości, upadła przed nimi na kolana, całując ich ręce i kraj szaty.
— Niech ci Bóg da siły, niech cię pocieszy w twym ciężkim losie — mówił starszy, wyrażając się francuszczyzną pomieszaną z włoskim. — Ach, jakże to poganie cię wystroili! — dziwił się zakonnik, patrząc na jej olbrzymią bottę i osobliwy chałat.
— Pani Ludmiła! Pani Ludmiła! — wołał młodszy zakonnik, ocierając rękawem habitu łzy wzruszenia. — Pamiętam panią w bielutkim ochędóstwie na jasełkach. Ach, dobry Boże! Kto by to wówczas pomyślał, że zobaczę panią w tym kraju? Słyszałem o tym, co pani przeszła, o poświęceniu, za które niech Bóg wynagrodzi. Pani Elżbieta opowiedziała nam o wszystkim, a wcześniej ksiądz Maciej i Rafał.
Ludmiła wstała, podniosła oczy i dopiero teraz, opanowawszy się nieco, mogła im się dobrze przyjrzeć. Siedzieli w świetle lampy, w głębi, pod samym obrazem. Starszy mógł liczyć pięćdziesiąt lat. Aureola włosów przeświecała srebrem, ale pierś była wyprostowana, a południowe oczy pałały pod czarnymi jak węgiel brwiami. Oblicze miał piękne i mądre, zdradzające człowieka, w którym „nieśmiertelne” jest silniejsze od „śmiertelnego”. Młodszy to już nie był ten sam wesoły braciszek, który u królowej Kingi całował Betlejemskie Dzieciątko. Dziś był smutny, zamknięty w sobie, zapatrzony w krzyż. Choć jeszcze nie skończył trzydziestu lat, twarz miał zwiędłą i mocniej zoraną niż jego towarzysz; bo mnich włoski patrzył na burzę mongolską z oddalonego brzegu, a polski czuł, jak przechodziła w jego własnym sercu.
Pierwsze pytania Ludmiły dotyczyły Jasia:
— Jak wygląda? Czy zdrowy, wesoły? Czy mnie jeszcze pamięta?
Póki pytała o zdrowie chłopca, brat Benedykt odpowiadał szczerze, ale dalej plątał się, zagadywał, na koniec rzucił w jej stronę porozumiewawcze spojrzenie i dał do zrozumienia, że nie chce więcej mówić. Ludmiła sposępniała i zaczęła wyciągać bolesne wnioski. Gdy tylko zauważyła, że Elżbieta rozmawia z drugim zakonnikiem, natychmiast zaczęła wypytywać o szczegóły.
— Teraz, kiedy Elżbieta nie słyszy, chcę poznać prawdę — powiedziała przyciszonym głosem. — Rozstał się z matką tak dawno, że na pewno już jej nie pamięta. Czas robi swoje...