— A skąd wy tutaj, piękna damo? A to spotkanie! A to gość! — cieszył się mistrz.

— Jak zawsze, ciągniemy z koczowisk zimowych do miasta. A wy, co tu robicie? Czy to więzienie?

— Nie, to mój warsztat.

Z głębi dziedzińca doleciał tak dobrze znany Ludmile głos mistrza Kuźmy. Szedł wolniutko, sapiąc, pokasłując i podpierając się kijem.

Wraz ze śmiercią Kujuka Kuźma stracił stanowisko na dworze. Teraz on służył swemu dawnemu pomocnikowi, ale zmiana fortuny nie martwiła go wcale, przeciwnie, cieszył się pomyślnością przyjaciela bardziej niż własną. Narzekał tylko na zdrowie; nie było takie jak dawniej. Nie mógł już oddychać pełną piersią. Chudł i niknął w oczach. Na jego twarzy, jeszcze nie tak dawno pulchnej, teraz wisiały puste fałdy, a niegdyś krotochwilne oczy świeciły teraz jak zamarznięte łzy.

— Co ja słyszę? Pani Ajdarowa! Niechże ucałuję te śliczne polskie rączki.

— Ojczulku, chodźcie jeść! Garnek stygnie — zawołał chłopak.

— Daj mi spokój, ja nie głodzien.

— Ależ jedz, mój bracie — nalegał Wilhelm. — Kazałem dla ciebie zrobić prawdziwy pot-au-feu.

Kuźma pokiwał głową i szepnął do Ludmiły: