— Złoty człowiek! Dobrze mi tu jak u Pana Boga za piecem, ale te ich pot-au-feu wcale mi nie smakuje... to nie po naszemu... — ponarzekał i poszedł.
— Boję się o niego — rzekł Wilhelm. — Co mogę, to robię, dogadzam, zabawiam, czasem specjalnie dla niego chleb wypiekam. Ale co to pomoże? On tęskni wciąż za swoim chlebem, za swymi polami, za tą waszą zupą, co się tak dziwnie nazywa, jak u nas dzień, le jour. Ach, gdybym go miał stracić...
— Nie martwcie się, Bóg go zachowa — pocieszała Ludmiła. Nagle podniosła się. — Ja tu sobie gadam, a na was tam czeka obiad i robota. — Szykując się do drogi, w ostatniej chwili zapytała: — Od dawna tak pracujecie?
— Będzie już prawie sześć miesięcy. Jeszcze parę niedziel upłynie, zanim skończę pracę. Ach, gdyby człowiek miał więcej czasu, mógłby się nacieszyć robotą. Ale w tym szalonym pośpiechu to i nie dośpi, nie doje. Nieraz po całych nocach kujemy. Ani ja, ani mój syn nie mieliśmy czasu odwiedzić naszego kochanego księdza...
Ludmiła wrosła w ziemię.
— Jakiego księdza?
— Jak to? Jeszcze nie wiecie? Jest nowy misjonarz, franciszkanin! — Wilhelm z radością przekazał nowinę.
— Naprawdę! I któż go przysłał? Papież?
— Nie, nasz król. Król francuski, Ludwik. Kilka dni temu odbieram list — ciągnął Wilhelm — podpisany Guillaume Ruysbrouck, Cordelier. Otóż w liście misjonarz wita mnie jako ziomka, bo to człowiek z naszej ziemi, z naszych flandryjskich stron, przesyła mi wszelkie błogosławieństwa i donosi, że przybył tu z drugim zakonnikiem, żeby szerzyć wiarę świętą. Skarży się, że mają tłumacza, pijaka i gbura, co więcej szkodzi, niż pomaga. Słyszał, że mój Filip zna języki i pyta, czy nie chciałbym, aby „szerzył chwałę Bożą”.
— Gdzie mieszka ten ksiądz? — Ludmiła przerwała opowieść Wilhelma. — W Karakorum?