— Nie, w obozie chańskim, przy samym chanie.
— Niech ci Bóg da zdrowie! — krzyknęła na pożegnanie i popędziła ku taborom.
Naprzód z radosną wiadomością wpadła do Elżbiety, potem do męża, ale tu ogarnęła ją trwoga i wahanie. Ajdar siedział w jurcie przy ognisku i oglądał jakąś nową czeczugę. Popijał jak zawsze z dwuszyjkowej czary.
— Mężu... — zaczęła ostrożnie.
— Co takiego?
— Widziałam... Obóz chana jest bliziutko. Może byśmy tam pojechali...
— Po co? — zdziwił się Ajdar.
— A no, żeby złożyć hołd chanowi.
— Nie ma czasu. Stada chańskie wyjadły wszystką trawę. Trzeba nam jak najprędzej stąd uciekać, inaczej stracę swój dobytek.
— To wyślij trzodę i stadninę przodem. A my trochę zostaniemy. Straszliwie się wynudziłam na stepie, chciałabym zobaczyć cesarzową Siurkukteni, chatuny... — Oparła dłonie na jego ramieniu i zaglądając mu w oczy, przymilnie rzekła: — Skarżysz się wiecznie, że cię o nic nie proszę. Otóż teraz proszę...