— On chodzi do chorych, aby ich spowiadać i namaszczać, a ja się tu za nich modlę. Jednych moimi modlitwami uzdrawiam, a drugich zabijam.
Ludmiła cofnęła się przerażona.
— Jak to? Co wy mówicie? Czy chrześcijaninowi wolno modlić się o czyjąś śmierć?
— Niewiasto, jeśli mają grzeszyć i prześladować sługi boże, to dla nich lepiej, by zdechli. — Wstał, zamknął księgę i odsunął czarną zasłonę, która zamykała ciemny kąt przy ołtarzu. Była tam wnęka, gdzie na blaszanej misie płonął ogień. Nad nim, na trójnogu, wisiał mały kociołek, a w nim bulgotała czarna polewka.
Sergiusz schylił się nad cieczą i powoli mieszał ją krzyżykiem, mrucząc jakieś pacierze.
— Słuchaj, niewiasto — rzekł uroczyście — głos Boży mnie ostrzega, że mój brat, Gwilelm, wraca.
Ludmiła i bez objawienia boskiego wiedziała o tym. Przed kaplicą słychać było klapanie sandałów po zamarzłej ziemi. Nie żegnając się z Sergiuszem, wybiegła z kaplicy jak wicher i stanęła twarzą w twarz z misjonarzem.
Był to człowiek w sile wieku o niezmiernie ujmującej powierzchowności. Mimo czarnej, pustelniczej brody i zniszczonego habitu, miał w sobie coś pańskiego, wytwornego, co wskazywało, że nie zawsze chadzał w takiej odzieży.
Jeszcze przed kilku laty Guillaume Ruysbrouck, odziany w jedwabie i pióra, jaśniał między dworzanami Ludwika IX. Dowcipny, towarzyski, błyskotliwy, pierwszy był na turnieju i do serenady. Ale przyszedł nagle „głos powołania”, który idzie jak wietrzyk, a porywa jak huragan. Skąd przyszedł? Nie wiadomo! Może od króla, który swoim przykładem krocie dusz uświęcał, może od jakiejś bliskiej sercu osoby, która go skłóciła z ziemskim szczęściem? Skądkolwiek przyszedł, sprawił, że pewnego poranka Ruysbrouck zrzucił jedwabie i popłynął na wyprawę krzyżową wraz z królem Ludwikiem; już nie w pancerzu i piórach, ale w brunatnym habicie „Cordelierów”. To właśnie brzeg tego habitu ucałowała Ludmiła, witając misjonarza.
— Przezacny ojcze! Sam Bóg was tutaj sprowadza! — powiedziała łamaną francuszczyzną.