— Jak to? Przecież jesteście posłem od króla francuskiego.
— I tak, i nie. Bronię się usilnie od nazwy posła, bo wiem, że oni biorą każde poselstwo za dowód lennictwa i za obietnicę haraczu. Zresztą szczerze mówiąc, byłem wysłany nie do chana Mangu, lecz do Batego.
— Doprawdy? Jak to było? — dopytywała się Ludmiła.
— Kiedy dopłynęliśmy do Palestyny — ciągnął franciszkanin — w Akrze rozeszła się wiadomość, że książę Sartak, syn Batego, został chrześcijaninem. Nasz przezacny król Ludwik ucieszył się z całego serca, bo byłby to wypadek niesłychanej wagi, z jednej strony ochrona od okrucieństwa Mongołów, z drugiej gotowy sprzymierzeniec przeciw Saracenom. Król napisał bardzo mądre listy do Batego i do Sartaka i mnie z nimi posłał. A Batu zamiast wprost odpowiedzieć, wysłał mnie tutaj, do wielkiego chana. Nie wiem po co. Czy chciał się poradzić, jaką ma przesłać odpowiedź?
— No, a cóż ten Sartak? Naprawdę jest chrześcijaninem?
— Gdzie tam! — żachnął się misjonarz. — Nie rozumiem, skąd powstała ta bajka. Rozmawiałem z nim i jedno tylko zmiarkowałem, że sobie ze wszystkich drwi. Tak jak i wasz chan Mangu. Oj, ten człowiek to chodząca zagadka. Kto by go chciał nawrócić, musiałby chyba mieć potęgę Mojżesza.
— Tak — westchnęła Ludmiła — nawrócić Tatara to rzecz niezwykle trudna.
— Wszystko jest możliwe, jeśli taka jest wola Pana Boga — wtrąciła cicho Elżbieta.
— Wprawdzie — opowiadał dalej Ruysbrouck — brat Sergiusz obiecywał już sto razy, że w dzień Trzech Króli ochrzci chana Mangu. Ja go prosiłem: bracie, niech zobaczę to na własne oczy, abym po powrocie do krajów chrześcijańskich mógł zaświadczyć, że chan jest naprawdę ochrzczony. Przyrzekł mi uroczyście, ale jak nadeszło święto, poszedł beze mnie do dworu, a potem nestorianie mówili, że nic tam innego nie robił, tylko kumys dla chana błogosławił. Przez jakiś czas mnie unikał i strasznie się wstydził.
— Ten Ormianin to dziwny człowiek... — zastanawiała się Ludmiła.