— Oj, nie do wszystkiego, nie! Są rzeczy, do których nigdy nie przywykniemy. Na przykład do przerażającej nędzy, jaka panuje wśród jeńców. Śmierć głodowa to u nich rzecz codzienna. Czy wy wiecie, ojcze, że są między panami tatarskimi tacy, którzy swoim niewolnikom i niewolnicom nie dają nic do jedzenia, ale to naprawdę nic — opowiadała Elżbieta. — A swoją drogą ci nieszczęśnicy muszą ciężko pracować. Czym się mają żywić, to już jest ich zmartwienie. Toteż jedzą rzeczy, nie do wiary... Sama widziałam, jak niektórzy łowili myszy, piekli je i ogryzali...
— Wiem — rzekł Ruysbrouck, a twarz jego, dotąd mile uśmiechnięta, nagle spoważniała i zaszła ołowianą chmurą smutku. — Wiem. Niewolnicy opowiadają mi o tym wszystkim. Wyznają z płaczem, że muszą niekiedy okradać swoich panów, żeby nie umrzeć z głodu i mrozu, bo nie tylko nie mają pokarmu, ale nieraz i ostatnia odzież się podrze.
— Ach, ojcze, jaka jest na to rada?
— Ja im powiadam: bierzcie tyle, ile trzeba, żeby nie umrzeć. Jeśli weźmiecie tyle, nie więcej, to nie będzie grzechu. Grzech zostanie przy waszych panach, co mają święty obowiązek zachować was przy życiu. Żyjecie w niewoli, jesteście zmuszani do nadludzkiej pracy, bici i jeszcze odmawiają wam najniezbędniejszej strawy, gorzej niż psu, niż bydlęciu! Tego już za wiele! Wiem, że niektórzy tutaj gniewają się na mnie, ale ja nie ustąpię. Przed samym wielkim chanem gotów jestem bronić niewolników.
— Ojcze! Jak to dobrze wiedzieć, że znalazł się ktoś odważny, kto chce przemawiać w naszym imieniu — rzekła wzruszona Elżbieta.
— Jest jeszcze jeden poważny problem. Jeńcy ciągle pytają: „Każą nam iść na wojnę i zabijać chrześcijan. Co mamy robić?” Odpowiadam: Nie idźcie! „A jakżeż — mówią — nie mamy iść, kiedy nas przymuszają i męczą?” To dajcie się męczyć, ale nie idźcie. Lepiej zginąć śmiercią męczeńską, niż walczyć przeciw Chrystusowi. I tu znów powtarzam: gotów jestem przed samym chanem bronić świętych racji! — W głosie franciszkanina zabrzmiała uroczysta nuta, zupełnie jakby składał przysięgę.
— A jak was chan przyjął, ojcze? — zainteresowała się Ludmiła.
— No... dość uprzejmie. Na samym wstępie szafarze zaczęli częstować nas najrozmaitszymi napojami. Ja tylko kilka kropel wypiłem, przez grzeczność, ale tłumacz tak sobie podchmielił, że kiedy mu przyszło powtarzać nasze słowa, to plątał się i w żaden sposób nie mógł się wysłowić. A kiedy Mangu zaczął nam odpowiadać, to wtedy już nikt niczego nie rozumiał, bo i chan był trochę podcięty.
— A więc nie mogliście zdać sprawy z waszego poselstwa.
— Prawdę mówiąc, nie miałem żadnego poselstwa.