— Ojcze, proszę zjeść jeszcze trochę sera!

— Dziękuję. Doskonały, ale już mam go dosyć. Jakże on się nazywa?

— Gryjut, według mnie za ostry. Cieszę się, że przynajmniej ojcu smakował. — Ludmiła z wdziękiem pełniła obowiązki pani domu. — A z napojów, czym mogę wam służyć? Kumysu nawet nie proponuję, bo pewno nie będziecie chcieli...

— Czemu nie? To wyborna rzecz! Jest u nas we Francji prowincja nazwana Szampanią, sławna ze swoich winnic. Otóż wydaje mi się, że wasz kumys jest bardzo podobny do naszego szampańskiego wina. Tak samo się pieni, z początku trochę szczypie w język, ale potem zostawia smak słodkawy, jakby po mleku migdałowym, i „rozwesela ludzkie serca”, wedle słów Salomona. Mówiono mi nawet, że upija. Czy to prawda?

— Jeszcze jak! Ludzie się tu strasznie upijają kumysem142. A my go nie znosimy! Może dlatego, że tatarski.

— Rozumiem. Ja przyszedłem tutaj z dobrej woli. Pragnę do końca moich dni tu zostać i szerzyć wiarę świętą. Chcę sobie ten kraj upodobać, wszystko tu dla mnie dobre, niekiedy sobie wmawiam, że dobre... Ale w niewoli to co innego... Musiałyście wiele wycierpieć.

Niewiasty milczały. Tyle było do powiedzenia, że nie wiedziały, od czego mają zacząć.

— Wokół bezbrzeżne pustynie — ciągnął franciszkanin. — To straszne! Ani miast, ani wiosek, ciągłe koczownicze życie na wózku!

— Po kilku latach przywykłyśmy do życia na wózku — rzekła Elżbieta. — Teraz, kiedy nam przyjdzie spędzić część roku w Karakorum, to nie możemy wytrzymać między czterema ścianami. Wyraźnie nas duszą; czujemy się tak, jakby dach walił się na głowę. Nocujemy w krużgankach, aby mieć więcej powietrza.

— Doprawdy? Dziwna rzecz, jak to człowiek może się do wszystkiego przyzwyczaić.