— Tak, to cud! Cud! — szepnęła Ludmiła i runęła u kolan Ajdara. Włosy rozsypały się na jej ramionach, okrywając ją ciemnozłotym płaszczem i na wpół zasłaniając rozpłomienioną twarz, po której toczyły się gorące łzy szczęścia.

Ajdar mocno zdumiony, podniósł żonę, ujął jej mokrą od płaczu twarz w dłonie i żarliwie ucałował.

— No, już nie płacz... Jak ty się dziwnie cieszysz — szukał słów, chcąc uspokoić Ludmiłę. — Zaraz o wszystkim opowiem. Długo nie chciałem mówić, ale teraz powiem... Bardzo dawno temu, zaraz po naszym przyjeździe do Mongolii, kiedy mi się ciągle z tym chrztem naprzykrzałaś, pewnego dnia powiedziałem sobie: trzeba ucieszyć gołąbkę. Szukałem waszego kapłana. Nie chciałem iść do tych z chlebkami, bo mi mówiłaś, że to udawani. Znalazłem takiego alańskiego...

— Ach, to kacerz...

— A któż to wiedział, że u was tylu nieprawdziwych? Idę więc do niego i mówię: Ochrzcij mnie, bo mi niewiasta głowę suszy. Dziad z ogromną brodą, wspaniały, jakby jaki szaman, odpowiedział grubym głosem: „Dobrze, ale musisz mi natychmiast przysiąc, że póki żyjesz, nie będziesz pił kumysu”. Kiedy to usłyszałem, to jakby mnie kto wrzątkiem oblał. Ojcze — powiadam — jak Mongoł może wyżyć bez kumysu. Toż to będzie moja śmierć! A on jak mnie nie zacznie łajać: „Ty grzeszniku! Ty pijaku! Wolisz kobyle mleko niż boską prawdę? Pamiętaj, że jak wypijesz jeszcze jedną kroplę kumysu, to pójdziesz na wieczne męki”. Zmiłuj się — prosiłem — wszak sam widziałem takich, co się kłaniali przed krzyżem, a jednak pili kumys. On mi na to: „To pójdą na wieczne męki.” Na koniec wpadłem w szał i strzeliłem dziada tymi trzema palcami po brodzie, aż rymnął o ziemię.

— Czemu mi zaraz tego wszystkiego nie powiedziałeś?

Ajdar przygryzł wargi.

— Bo widzisz, kobiecie nie można tak bardzo wierzyć... Na pewno byś gadała: „Nie wiem... Zobaczymy...” A jakbym się ochrzcił, to każdy kubek odejmowałabyś mi od ust.

— Jakże mogłeś przypuszczać...

— No, słuchaj dalej. Kiedy przyszli do nas ci wasi kapłani z końca świata, wiesz... ci dwaj, tacy chudzi...