— Cóż chcesz — przerwała Ludmiła — to bardzo dobry znak widzieć anioła.

— Ale posłuchaj do końca. W ręku miał wielką czarną rózgę. Podniósł ją i zaczął cię bić, od stóp do głów, ale tak straszliwie, że cała się zamieniłaś w jedną ranę. Bił cię i pędził przed sobą, a ty jęczałaś okropnie i szłaś, oglądając się na mnie. Ja chciałam krzyczeć, ale nie mogłam z piersi wydobyć głosu, wiesz, jak to we śnie bywa. Chciałam biec za tobą, ale nogi odmawiały mi posłuszeństwa, więc tylko złożyłam ręce i szepnęłam zdławionym głosem: „Aniele, święty aniele, czemu ty ją tak bijesz?” On spojrzał na mnie dość surowo i pokazując Kraków, powiedział: „Bo chcę, żeby tam doszła”. Wtedy odzyskałam głos, wyciągnęłam ręce i prosiłam: „Ach, to już i mnie uderz, bo i ja chcę tam iść”. Kiwnął głową mówiąc: „Jeśli chcesz, to dobrze”. Zawrócił i mnie uderzył. Powiadam ci, to było straszne. Zerwałam się i biegłam do ciebie. Uciekałam przed rózgą, która jednak ciągle mnie siekła. Rany krwawiły. Krew zaczęła tryskać na przydrożne kamienie. Widząc, że anioł jeszcze się zamierza, powiedziałam trochę zniecierpliwiona: „Po co? Po co nas tak pędzisz? Przecież z dobrej woli tam pójdziemy”. Anioł uśmiechnął się, ale ten uśmiech był jakiś dziwny, tajemniczy. Opuścił rózgę i powiedział: „Spróbujcie”. Próbujemy, a tu nie sposób. Wyraźnie wrastamy w ziemię, nie możemy ruszyć ani ręką, ani nogą, zupełnie jakbyśmy skamieniały. Wtedy zaczęłyśmy go błagać: „Bij nas, jak długo zechcesz, bylebyśmy tam doszły”. Nie dał się długo prosić i znów nas pędził. My jednak, dziwna rzecz, nie czułyśmy już bólu. Radość przepełniała nasze serca, bo powolutku zbliżałyśmy się do Krakowa. Nagle anioł zniknął, znalazłyśmy się pod Wawelem, padłyśmy na twarz, całowałyśmy ziemię jak jakieś relikwie. Obudziłam się szczęśliwa, ale i przerażona. Do tej pory się trzęsę, jak sobie przypomnę tę okropną drogę.

— Dziwny sen — rzekła zamyślona Ludmiła. — Co on może znaczyć? Czyżby nam wróżył śmierć, dzięki której oczami duszy będziemy mogły widzieć ojczyznę? To był chyba anioł śmierci?

— Nie wiem, Ludko, nie śmiem nawet zgadywać. Ale przypuszczam, że jest to przepowiednia czy też przestroga. Zwyczajny sen nie zostawia takiego wrażenia.

Siedziały długo, snuły lękliwe domysły, czasem milczały bądź rozważały przyszłość. Na koniec Ludmiła potrząsnęła głową, jakby chciała odpędzić przykre myśli i rzekła nieco weselej:

— Z tego wszystkiego zapomniałam, po co do ciebie przyszłam. Zgadnij, kto dziś rano wszedł do mego namiotu. Nie uwierzysz, trzecia Ajdarowa!

— Biga? Chyba żartujesz, Ludko, skąd ona się tu wzięła?

— Wyobraź sobie, że cały czas jechała za nami ze swym taborem, ale nikt do tej pory o tym nie wiedział. Kiedy spostrzegłam ją, pomyślałam, że znowu chce mi dokuczać. Nie wiem, czy łaska boska ją dotknęła, czy jakiś cud odmienił, bo weszła drżąca, skruszona, uklękła przede mną i szlochając prosiła, abym jej przebaczyła. Powiada, że umiera ze zgryzoty, że już dawno chciała się ze mną pogodzić, tylko brakowało jej śmiałości. Ale ktoś jej powiedział, że chrześcijanie przebaczają najcięższe winy, więc zdobyła się na odwagę; chce mnie przeprosić i błagać o zgodę w imię mojego Boga. Podniosłam ją i zaczęłam ściskać, zapewniać, że wszystko będzie dobrze. Ale ona jeszcze nie mogła się uspokoić. „Nie uwierzę — mówiła, że zapomniałaś urazy, dopóki nie wyświadczysz mi łaski. Kiedyś tak niegodziwie poszarpałam na tobie suknię. Teraz przynoszę ci inną. Uszyłam ją własnymi rękami, płakałam nad nią. Przyjmij ją ode mnie na znak, że mi przebaczasz. Przyjdź do mnie dzisiaj i spożyj wieczerzę przy moim ognisku”.

Wyjęła duże zawiniątko, w którym znalazłam bardzo piękny, nowiuteńki popielaty chałat z futerkiem i długą czerwoną koszulę z kaszmirskiej wełny. Koszula nie była świeża. Biga zaczęła mnie przepraszać, że ją nieco przybrudziła w mozolnej robocie. Jeśli mam szczerze powiedzieć, wątpię, aby to była praca jej rąk. Nigdy nie widziałam, żeby Biga haftowała.

Ale wszystko jedno, czy sama szyła, czy kazała uszyć, zawsze chęci się liczą. Toteż obiecałam, że włożę ubranie i przyjdę wieczorem. Ośmieliłam się tylko zapytać, czy Ajdar jest też zaproszony na wieczerzę. Odpowiedziała mi z wielką pokorą, że ona już nie myśli walczyć o serce męża, bo dobrze wie, że człowiek, który został chrześcijaninem, nie może mieć więcej niż jedną małżonkę. „Jednak — dodała — jeżeli pozwolisz, to po starej przyjaźni i jego zapraszam, aby tym uroczyściej, przy świadku, potwierdzić naszą zgodę”. Rozstałyśmy się bardzo czule. Byłam przez chwilę szczerze uradowana. Jednak po głębszym namyśle to wszystko wydaje mi się bardzo dziwne. Trudno mi w to uwierzyć, więc przyszłam, żeby się z tobą naradzić. Co o tym myślisz?