Pierwszy o świcie wyruszył Kałga z przednimi hufcami. Za nim szły wozy pełne niewolnic, wśród nich jechała spłakana Elżbieta, pocieszając się myślą, że wieczór znów połączy wszystkie tabory. Ajdar jeszcze odwlekał chwilę wyjazdu, wysłał przed sobą całe wojsko, sam chciał wyruszyć dopiero z tylnymi strażami. W końcu przyszła kolej na ostatni oddział.
Słońce już zaczynało się pochylać, kiedy maleńki wózek zajechał po Ludmiłę. Tu już nie było wygodnych domów kołowych, zostawiono wszystkie w Mongolii. Na wyprawę wojenną zabrano tylko przenośne jurty i lekkie dwukolne149 arby150. Ajdar kazał wymościć miękkie, wygodne siedzenie, po czym wszedł do namiotu. Za nim szła Biga, nieustannie towarzysząca chorej.
— Moja biedaczko, nadszedł czas wyjazdu. Musisz wstać i siadać na wózek. Już dłużej nie możemy tu zostać.
Ludmiła posłusznie się podniosła i chcąc zejść z sofy, oparła się o wałek.
— Coś mnie uwiera... — jęknęła z bólu.
— Gdzie? Gdzie? — zawołała Biga.
— Tu, gdzie się ręka zgina.
— Pokaż no, co to takiego?
Ludmiła odwinęła rękaw i pokazała łokieć, zwykle biały, toczony jak gałka ze słoniowej kości; teraz wokół niego występował różowy pierścień. Biga przyjrzała mu się, potem mocno chwyciła Ajdara i odciągając go na drugi koniec namiotu, wrzasnęła:
— Uciekaj! Ta kobieta ma trąd!