— A tak, właśnie. W Jerycho155 mamy lazaret, w którym znajdziecie odzież, posiłek, lekarstwa i zacne niewiasty do posługi. Może też da Bóg, że dojdziecie tam do zdrowia.
Rycerze zdjęli płaszcze i zrobili z nich miękkie siedzenia na siodłach. Ludmiła, ruchem przypominającym dawną sprawność, wsiadła na wierzchowca, ale biedna Elżbieta nie mogła się dźwignąć.
— Pozwólcie, mateczko, że was podniosę — zaofiarował pomoc starszy rycerz.
— Jak to, panie, wy się nie boicie? — niewiasta cofnęła się przestraszona.
On z uśmiechem odwinął połę rękawa i pokazał na swoim ręku plamy zeschłe, świecące jak pergamin.
— Byłem waszym bratem w cierpieniu. Nasz mistrz także. Według reguły, mistrz naszego zakonu musi koniecznie być trędowaty, żeby lepiej czuł i rozumiał męczarnię tych, którym służy.
— Cóż to za wspaniały zakon — rzekła Elżbieta. — Czy pamiętasz, Ludko, królowa nam o nim opowiadała? Nie spodziewałyśmy się wówczas, że kiedyś przyjdzie nam go błogosławić!
— Królowa? — powtórzył niedowierzająco młodszy rycerz, mierząc spojrzeniem wiszące na nich łachmany. — Znałyście jakąś królową?
— A jakże — odrzekła z dumą Ludmiła. — Musieliście chyba słyszeć o sławnej księżnej polskiej, Kunegundzie, córce króla węgierskiego, Andrzeja? Ona nas łaskawie przyjmowała na swym dworze, gdzie było tak pięknie, jak w raju.
— Mój Boże! — westchnął rycerz. — Dawniej znały się z królami, a teraz?...