— Oj, szkoda, że pana ojca tu nie ma. On także był wzięty do niewoli tatarskiej. Dawno, dawno temu, ale im się wyśliznął szczęśliwie. Sto razy nam opowiadał, jak to z rozłupaną głową przeprawiał się wpław przez rzekę... jaka to jej nazwa? A niechże ją...

— Przez Prut — podpowiedziała Elżbieta.

— A juści! Prut! Prut! — A skąd wy to wiecie?

— Znałyśmy pańskiego ojca. On wtedy miał wasze lata.

Chłopcu zaiskrzyły się oczy. Ale w tej chwili zabrzmiała trąbka.

— Oho! Pan ojciec nas przyzywa! Trza lecieć, bo się będzie gniewał. — panicz co żywo zawrócił konia.

Śpiewak rzucił niewiastom uprzejme: „Szczęść Boże!” i puścił się za paniczem, tym bardziej, że trąbka coraz niecierpliwiej nawoływała rozpierzchniętych jeźdźców. Kleryk jechał najwolniej.

— Dobrodzieju! Dobrodzieju! — wołała Ludmiła, biegnąc za nim.

— Czego jeszcze?

— Wy z Wrocławia jedziecie. Tak? A daleko ten Wrocław?