— Jezu miłosierny! Wszystko inaczej. Jedni powymierali! Drudzy powyrastali, niczego nie można poznać!

Tymczasem kleryk rozsupłał worek. Elżbieta wzięła koszyczek i pokłoniwszy się za hojny datek, zapytała:

— Dobrodzieju, powiedzcie nam jeszcze, jak na imię temu miłościwemu panu, abyśmy się mogły za niego pomodlić.

— Nazywa się rycerz Sylwester.

— Sylwester... A skąd on?

— Skąd jedzie? Z Kalisza! — kleryk opacznie zrozumiał pytanie. — Z wesela. Z dwóch wesel! Właśnie brat księcia Leszka, ów, co ma przezwisko Łokietek158, brał dziewkę po księciu kaliskim159. A drugą brał książę legnicki. Więc my naprzód odprowadzili jedną parę do Brześcia, a drugą do Legnicy, a potem zabawiliśmy u księcia we Wrocławiu, a teraz jedziemy do domu, bo gadają ludzie o wojnie z Halickim, czas panu jechać do chorągwi. A wy, dobre matki, skąd idziecie, czy nie z pielgrzymowania? Może z Loreto?

— Oj, nie, dobrodzieju. Wracamy z niewoli, od Tatarów.

Słuchacze osłupieli. W tej chwili przycwałował panicz.

— Jak dobrze, że jesteście tu jeszcze — zawołał. — Siostry, jak zaczęły szukać po węzełkach, tak znalazły jałmużnę. — I sypnął białe pieniążki do koszyka. — No, a wy, co tak stoicie? — zwrócił się do jeźdźców.

— Dziwimy się... — odparł kleryk. — Te niewiasty prawią, że wracają od Tatarów...