— Więc wy się znacie? — zapytała królowa.

— A jakże! Ojciec pani Elżbiety, świeć panie nad jego zacną duszą, był moim dobroczyńcą. Chowałem się w jego domu, miłowałem ich wszystkich jak syn i brat rodzony...

— Ładny mi brat! — przerwała z uśmiechem Elżbieta. — Niech sobie wasza królewska mość wyobrazi, że pewnego dnia, bez powodu, jak syn marnotrawny wyszedł z domu. Nawet nie chciał poczekać na moje wesele. I jak wyszedł, tak nie wrócił. Od owej chwili lata upłynęły. Dziś dopiero po raz pierwszy go widzę.

— I cóż to się stało? — zaciekawiła się księżna Grzymisława.

— Co się stało? Co się stało? — pomrukiwał braciszek. — No, jeśli już kogo pytać, to nie mnie. Po ślubach zakonnych człowiek zupełnie zapomina o przeszłości, jakby ręką odjął. Starsi mnie tu przysłali — zmienił temat — do króla w sprawie kościoła, jaki nam, z łaski swojej, stawia. Gdzie król jegomość?

— Tylko go patrzeć! — rzekła królowa.

— Tak — dodał ksiądz Maciej — książęta za chwilę skończą naradę. Przesiedziałem tam parę godzin, ale jak ze spraw śląskich przeszli do Tatarów18, wymknąłem się pierwszy, bo już mam tych Tatarów po uszy.

— Ażeby wreszcie przyszli! — zawołał Przedwojowic. — Byśmy ich raz wytłukli i przestano by nas nimi straszyć, jak straszy się dzieci obdartym dziadem.

— Ja myślę, że wszystko skończy się na gadaniu — wtrącił jakiś młodzieniaszek. — Przecie to dzicz niesforna, dobrze im wojować z Pieczyngami19 i innymi dzikusami, ale z rycerstwem chrześcijańskim nie ośmielą się stanąć oko w oko. Od dzieciństwa słyszę: idą, idą, a do tej pory ich nie widać!

— Są blisko — westchnęła księżna Kinga. — Listy z Węgier przynoszą groźne wieści. Coraz to jakiś książę rusiński zjawia się tam, błagając o ratunek albo przynajmniej o schronienie... Dwór mego ojca jest pełen takich wygnańców, którzy straszne rzeczy opowiadają...