Wszyscy zamilkli.
— Dziś rano idę sobie najspokojniej do mszy służyć — przerwał ciszę młody giermek — a tu na progu katedry jeden z dziadków kościelnych zachodzi mi drogę. Był przerażony i blady jak trup. Powiedział mi, że o północy dziwne rzeczy się działy. Słyszał płacz, szczękanie, jakby ktoś szlochał kamiennymi piersiami albo załamywał żelaziste ręce. A kiedy rano przyszedł otworzyć kościół, przy schodach do podziemia przesunęło się koło niego coś ogromnego, podobnego do grubego, wysokiego rycerza, ale to było szare i szło cicho, zupełnie jak mgła.
Słowa giermka sprawiły głębokie wrażenie. Wszyscy zaczęli szeptać:
— Chrobry... Duch z kaplicy świętego Leonarda... To wielki znak!
A księżna Grzymisława dodała smutnym głosem:
— Jakieś niebezpieczeństwo grozi Piastom...
— Kiedy mamy się już bawić w gminne powiastki, to i ja państwu coś opowiem — odezwał się ksiądz Maciej. — U nas, w Legnicy, od jakiegoś czasu dzwony same dzwonią.
— Jak to? Same dzwonią? I tak co noc? — dziwili się słuchacze.
— Nie, czasem tylko późnym wieczorem, kiedy ludzie pierwszym snem zasną. Jak tylko się rozbudzą, wszystko cichnie; ledwo zaczną drzemać, znowu rozlega się bim! bom! Ja sam nie słyszałem, bo mieszkam we Wrocławiu, ale mnóstwo ludzi przysięgało, że to prawda. A ja powiadam, rozgłaszanie takich wieści między pospólstwem jest grzechem, osłabia serce i mąci rozum. Niedługo usłyszymy, że Tatarzyny mają psie głowy albo smocze skrzydła. Otóż właśnie dla rozeznania prawdy i obmyślenia mądrej obrony, gdyby stała się kiedyś potrzebna, książęta dziś tak długo radzą. Wezwali nawet kanonika krakowskiego, Jacka Odrowąża20, który najlepiej może radzić, bo przecie widział Tatarów.
— Widział Tatarów?! — krzyknęły prawie jednocześnie Elżbieta i Ludmiła.