W gnieździe sęp

Wózek przedzierał się przez gęstą, szumną, wysoką puszczę. Ludmiła poznawała pokrzywione pnie, rozdroża między steczkami, gdzie niegdyś czuła się jak we własnej komnacie. Mój Boże! Tyle się zmieniło w ich losach, one same tak bardzo się zmieniły, a ta puszcza jak szumiała, tak szumi nie zmieniona, tylko tyle że jeszcze gęstsza i wyższa.

Za zakrętem nad drzewami zamajaczyła baszta. Nieco dalej puszcza zaczęła rzednieć i oto na wyniosłości pokazał się żegnaniecki zamek. Kto go odbudował? Kto w nim mieszka? Trudno zgadnąć! Sam widok tych murów był pokrzepiający. Elżbieta, która dotąd siedziała skulona, podniosła się, składając ręce. Ludmiła objęła ją w uścisku i obie zawołały radosnym, drżącym głosem:

— Żegnaniec, nasz kochany Żegnaniec!

Brunon zaciął konia i podjechał pod górę, ale widząc ścieżkę dosyć wąską a stromą, powiedział:

— Tam nie wjedziemy, trzeba wysiąść.

Kiedy przyszło iść pod górę, niewiasty spojrzały na siebie z przestrachem i nagle się zatrzymały.

— Czy możemy wchodzić bez pytania? Wszak nam nie wolno, ale nim się opowiemy, ludzie nas wypędzą.

— Prawda — rzeki Brunon — poczekajcie, ja pójdę naprzód i zasięgnę języka. Dowiem się, kto tam mieszka i powiem, kogo przywożę.

Poszedł wąską, wijącą się ścieżką, wkrótce znalazł się na moście, długo rozmawiał z odźwiernym, na koniec furtka skrzypnęła i zniknął w ciemnej bramie.