Elżbieta i Ludmiła rozglądały się dokoła, a w ich sercu było tyle samo radości, co smutku. Zamek był na pewno zamieszkały. Drogi do niego nie zarosły trawą i wartownik, jak niegdyś, krążył za blankami baszty. Widać, że mieszkańcy nie lubili porządku i gospodarności. Wjazdowej drogi nie obsadzono żywopłotem, pod narożną wieżyczką zamiast kwiatów rosło zielsko. Po ganeczku, tej kamiennej kropielnicy, która zdobiła wieżę, nie było śladu! Drzwi do ganku zabito deskami. Czas zrobił swoje. Zamek sposępniał, poszarzał, gdzieniegdzie zostały ślady pożogi, które przy nowo wzniesionych murach wyglądały jak sczerniałe blizny. Dalej, pod lasem, tuliły się chaty chłopskie, ale nie takie porządne jak dawniej. Rozwalone, z dziurawymi strzechami, wyglądała z nich opłakana nędza; widać, że pan zamku nie troszczył się o biednych.
Elżbieta patrzyła zatrwożona i myślała sobie: jeżeli to Jaś, niech mu Bóg wybaczy!
Furtka znowu skrzypnęła i wybiegło dwóch ludzi; Brunon, a za nim inny mężczyzna w sile wieku. Miał ubiór długi, z brunatnego sukna, przewiązany zielonym pasem. Wyprzedził towarzysza i rozkrzyżowawszy ręce, pędził z góry, wołając radośnie:
— Pani! Nasza pani wróciła! — Ale kiedy stanął przed niewiastami, choć uprzedzony o trądzie, struchlał i nie mógł opanować wzruszenia. — O, mój Boże! To nasza pani, taka niegdyś piękna! A teraz, co się z nią zrobiło. — Zmieszany i smutny, zamilkł.
— Kto tu mieszka? Człowieku, na miłość boską, gadaj, kto tu mieszka? — dopytywała się nerwowo Elżbieta.
— A no, mój pan, Zyndram.
To imię padło na ich głowy jak góra lodu.
— Tu siedzi jakiś Zyndram — poinformował zadyszany Brunon, który właśnie w tej chwili podbiegł. — O dziecku nikt nie wie, nikt nie słyszał. A ten poczciwy służący powiada, że panią znał niegdyś.
— Tak — mówił mężczyzna w zielonym pasie. Jestem Wicuś, ten którego pani z gorączki uratowała. Pamięta pani Wicusia z Kacprowej chałupy? Byłem wtedy dzieciak, jeno trochę większy od panicza, ale dobrze pamiętam, jak pani nasza, niczym anioł w niebieskiej sukni, schodziła z zamkowej góry. A gdy byłem chory, pani calutką noc przesiedziała przy mnie na słomie...
— Ale panicz? Gdzie on jest? Nic nie wiesz o paniczu?