Ludmiła dobrze pamiętała Zyndrama, więc zapytała z niedowierzaniem:

— Tak myślicie? Ucieszy się i puści nas do zamku?

Wincenty zawsze postępował wedle zasad prostej uczciwości, więc zdumiał się jej powątpiewaniem. Składając ręce, zawołał:

— A chyba by nie miał sumienia, gdyby się nie ucieszył tak cudownym powrotem. A jakoż ma nie przyjąć? Wszak pani wraca do siebie.

Przekonanie Wincentego pokrzepiło Elżbietę i Ludmiłę. Rozgadały się ze służącym na dobre. Chciał koniecznie wiedzieć, jakim to sposobem uszły z niewoli. Nagle strażnik na wieży uderzył w trąbę.

— Oho! Pan jedzie! — zawołał Wincenty.

Z lasu wyjechała gromadka myśliwych. Ileż wspomnień ten obraz przywiódł na pamięć Ludmile! Tą samą drogą, tylko w bogatszym orszaku, niegdyś ona wracała z łowów strojna i dumnie patrząca na młodego Zyndrama. Teraz ujrzała wysokiego, chudego i kościstego starca. Jego profil, podobny do drapieżnego ptaka, z latami zarysował się jeszcze ostrzej. Nie było przy nim żadnych panów, żadnych gości, tylko trochę sokolników i psiarczyków, ponurych i biednie odzianych.

— Panie! Co za szczęście! Nasza pani wróciła! — krzyczał radośnie Wincenty, biegnąc naprzeciw jadących.

— Co ty gadasz? Co za pani? — zdziwił się Zyndram, ściągając szare, najeżone jak szczecina brwi.

— Elżuniu! Rusz się, Zyndram jedzie! — Ludmiła błagalnym wzrokiem patrzyła na przyjaciółkę.