— Ach, nic mnie już nie obchodzi, kiedy Jasia tu nie ma. — odparła zrezygnowana Elżbieta.

— Nie mów tak, Elżuniu. Przecież musisz się upomnieć o swoje prawa! A może on wie więcej niż Wincenty?

To ją ruszyło. Podniosła głowę i ujrzała starego, zgorzkniałego mężczyznę.

— Bracie kochany! — zawołała wyciągając ręce. — To ja, Elżbieta. Wracam z niewoli. Powiedz, czy wiesz coś o moim...

Zyndram nie dał jej dokończyć zdania. Uskoczył w bok i wrzasnął:

— Precz stąd, trędowata babo! Kto ci pozwala zbliżać się do mnie? A ty, głupcze — krzyczał na służącego — jak mogłeś ją tu wpuścić?

— Ależ panie, wszak to nasza pani Elżbieta! Wdowa po nieboszczyku, panu Sulisławie!

— Kto? Ta żebraczka? Ten strach na wróble? To ma być moja bratowa? I ty, ośle, w to wierzysz? Wiedz, że od Tatarów nikt nigdy nie wraca!

— Wróciłam, cudem boskim wróciłam! — wołała Elżbieta.

— Łżesz! — krzyknął piorunującym głosem. — Nie oszukasz mnie, włóczęgo. Moja bratowa dawno umarła w niewoli, wiem o tym dobrze. Może chciałabyś jeszcze, abym cię wpuścił na zamek, abym ci wypłacił wiano? — Tu zwrócił się ku łowcom: — Rozpędźcie natychmiast tych obdartusów.