Z wieścią
— Wiśta! Rychlejże, mój koniku! Rychlej! Wiesz przecie, że to dzisiaj święto. No, prawda, ty tego nie wiesz, ale ruszaj się, to i prędzej odpoczniesz, bo dziś i tobie należy się wypoczynek. — Brunon odwrócił głowę i dodał: — Nie warto przystawać. Już tylko kilometr do Krakowa. Zobaczycie, że jeszcze zmówimy trzy pacierze i dojedziemy, nim procesja wyruszy.
— Procesja — westchnęła Ludmiła. — Jeszcze nigdy nie widziałam procesji... Za naszych czasów jej nie było. Nieprawdaż, Elżuniu, jeszcze nie było?
Elżbieta tylko skinęła głową. Od wyjazdu z Żegnańca nie powiedziała ani słowa. Leżała wyciągnięta na słomie z zamkniętymi oczami, nie reagowała nawet na silne wstrząsy wózka, który podskakiwał po kamienistych krakowskich drożynach i rzucał nią jakby martwym ciałem. Ludmiła ciągle ją otulała, podsuwała słomę pod głowę, chroniąc od stłuczenia. Czasem brała Elżbietę za rękę i zagadywała, aby przerwać to śmiertelne milczenie.
— A kto wie? — odezwał się znienacka Brunon. — Może zobaczymy to wszystko? Może uda się nam zdobyć jakowy kącik pod kościołem?
— Słyszysz, Elżuniu, zobaczymy procesję! Wiesz, że dzisiaj Boże Ciało?
— A, święto! — Uśmiechnęła się gorzko, jakby chciała powiedzieć: „Dla mnie już nie ma święta”.
— Tak, nie dla wszystkich radosne! — Ludmiła, odpowiadając na jej myśli, ciągnęła: — Myślę o tych, którzy się spalili...
Elżbieta podniosła błędny wzrok i zapytała z roztargnieniem:
— Kto się spalił?