Wtedy padł na nich strach graniczący z obłędem.

— Jezus, Maryja! Kto nas będzie bronił? Nieszczęśliwa godzina! Zginiemy! Jezu! Jezu! — Tratowano się, pchano, próbowano ratować się ucieczką, ale panika była paraliżująca; tłum wirował w miejscu.

Położenie było naprawdę bez wyjścia, bez nadziei. Choć Tatarzy byli dopiero na przedmieściach stolicy, przerażeni ludzie wszędzie już widzieli tatarskie kołpaki. Pod kościołem Panny Maryi jeden z włóczków, porwawszy chorągiew cechu, powiewał nią, jak mógł najwyżej, nad głowami zgromadzonych i wołał donośnym głosem:

— Co nam przyjdzie z krzyku? W imię Boże, toć przecie trza coś robić! Damy się zarżnąć jak te barany? Czy to koniecznie trza mieć blachy na piersiach i wiechę na łbie, aby się bić? A mało tu kramów z żelastwem? Diabeł im pomaga, ja to wiem, ale my mamy Pan Boga. Westchnijmy do Niego, a na pewno nam pomoże. — Śmiałego włóczka wnet otoczyła garstka młodych, odważnych ludzi. — Kto w Boga wierzy, za mną! Chłopy i chłopaki, do kupy! A w garść brać, co się da, a wy, niewiasty, znoście siekiery, noże, a choćby kije i kamienie, co kto znajdzie, jeno żywo! Na miłość boską, żywo!

— Chodźta prędzej! — jedni nawoływali drugich.

— Gdzie? Po co? — dopytywali się ci, którzy nie wiedzieli, co się dzieje.

— Tam się zbroją, każą się bić.

— Kto kazał?

— A no, nie gadajcie, jeno lećcie.

Ile pierwej było zamętu i osłupienia, tyle teraz zuchwałej ochoty. Zewsząd wyciągnął się las rąk, chwytano broń, która znalazła się jak na zawołanie. Rzeźnicy pędzili z toporami, płatnerze otworzyli sklepy i wyrzucali miecze, koncerze, łuki, a też i niewiasty, i dziewki nie próżnowały, znosiły siekiery, młoty, ogromne klucze, różne stare, pogięte żelaziwa i kamykami nabijane pałki.