Włóczek się niecierpliwił, tupał nogą, chorągwią bił o ziemię i krzyczał:
— No! Idziemy! Pozostali nas dogonią. Hej, słyszycie — zwrócił się do spóźnialskich — podążajcie za nami, jeno trzymajcie się kupy. A teraz w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego! — Rozwinął chorągiew, oparł na ramieniu ciężki berdysz i ruszył sążnistym krokiem, porywając za sobą pierwszy oddział.
Oswobodziciel
Gromada kobiet i dzieci schroniła się w świątyni Mariackiej. Ten przytułek stał najbliżej, a poza tym wielkie skarpy nowiuteńkich murów i potężne, świecące nowymi, solidnymi okuciami drzwi dawały rękojmię bezpieczeństwa. Siedzieli już trzy godziny. Panowało grobowe milczenie od czasu do czasu przerywane śpiewem pokutnych psalmów lub płaczem dzieci.
— Już nie wrócą. Za długo ich nie ma — prorokował jakiś głos.
— Módlmy się za zabitych. Niedługo i na nas przyjdzie kolej — dodał ktoś inny. Po modlitwie odmówionej szeptem znowu zapanowała cisza.
Wszyscy nasłuchiwali. Niektórzy przyłożyli ucho do ściany, ale grubość murów pochłaniała wszelkie odgłosy. Ktoś zaproponował, by wyjść na wieżę i rozejrzeć się po okolicy, ale okazało się, że dzwonnik zabrał klucze od wieżycowych schodków i przepadł gdzieś bez wieści. Pewnie także poszedł się bić. I w tej ciszy rozległ się dźwięk dzwonu, który drżał w powietrzu czysto i radośnie.
— Gdzieś dzwonią? — zainteresowały się niewiasty.
— Ajuści, dzwonią. Ale gdzie?
— Ja powiadam, że to u norbertanek — stwierdziła jakaś rezolutna białogłowa. — Słuchajta, jak bije równiuteńko, jakby na jakie święto uroczyste!