— Czyżby nasi wygrali? — Niektóre twarze zaczynały nieśmiało się rozjaśniać.
— A może to Tatarzy — ktoś rzucił podejrzenie — chcą nas zwabić w pułapkę. To majstry we wszelakich zdradach.
Oczy znów przygasły, oblicza posmutniały. A dzwon wciąż bił równo i radośnie. Po chwili ktoś mocno zastukał do kościelnych drzwi.
— Boże miłosierny! To Tatarzy! — krzyczały przerażone niewiasty.
Tymczasem dobijano się coraz gwałtowniej, a głos za drzwiami krzyczał:
— Chwalić Pana Boga! Zdusiliśmy ich! A, do licha, otwórzcież! Lecę z taką nowiną i nie chcecie mnie wpuścić! — Głos był młodzieńczy, dźwięczny, drgała w nim jakaś wysoka nuta wyrażająca radość i dumę.
Jednakże ludzie, nadto świadomi piekielnych wybiegów tatarskich, nie chcieli uwierzyć. Ludmiła przypomniała sobie z przerażeniem owe pokrwawione kobiety, które wprowadziły pogan do witowskiego klasztoru. Zerwawszy się ze złożonymi rękami, zaczęła wołać błagalnym głosem:
— Nie otwierajcie! To podstęp! Ja widziałam już takie rzeczy!
Nikt się nie ruszył, tylko jeden z księży podszedł bliżej drzwi i zapytał:
— A ktoś ty taki? Na jakiego świętego cię chrzcili?