Ale chłopak widocznie się zniecierpliwił, bo ksiądz nie usłyszał już odpowiedzi. Po chwili wysoko w oknie kościelnym ukazała się jakaś głowa, wszyscy usłyszeli brzęk tłuczonego szkła, a potem ten sam głos:
— Czy już wszyscy pozdychali ze strachu?
Jedna ze starszych niewiast zdobyła się na odwagę i podniosła oczy.
— Matko Boska, co ja widzę! A toż to Grzesio! Czeladnik od nas!
— A dyć prawda! Grzesio! A po co ty tam wlazł?
— Nikt ani piśnie, chciałem zobaczyć, czy jeszcze żyjecie? No, wyjdziecie czy nie wyjdziecie? Bo jak nie, to bierz was licho. I bez was będą gody! — To mówiąc wycofał głowę.
Ale wewnątrz kościoła co żywo odsuwano sztaby, drzwi się rozwarły i wszyscy powoli zaczęli opuszczać świątynię. Elżbieta i Ludmiła podniosły oczy do nieba.
— O, Boże! Dziękujemy, że dałeś nam dożyć zwycięstwa naszych!
Przy blasku słońca, wśród rozpromienionej, strojnej rzeszy, wróciła świadomość kalectwa. Struchlały na myśl, że ludzie mogą je odpędzić, nie pozwolić na uczestniczenie w tej powszechnej radości. Patrzyły dokoła, szukając wnęki czy niszy w murze, gdzie mogłyby się schronić.
Nagle Ludmiła przystanęła.