— Jest! Cela ojca Pawła! Tam jest okienko...
Uradowane zatrzasnęły drzwi za sobą, weszły na kamienną ławę, twarze przysunęły do kraty i powinszowały sobie szczęśliwego pomysłu, bo z tej wysokości wszystko było widać.
Rynek coraz bardziej się zaludniał. Ulice wypełnione były szeleszczącym, tętniącym, barwnym korowodem niewiast i dzieci. Wszyscy pędzili ku Wiślanej, by odszukać ojców, braci, mężów, kochanków. W ich sercach było tyle samo radości z ocalenia miasta, co strachu i niepewności o swoich drogich bliskich, bo gdzież jest zwycięstwo nie okupione stratami?
Na plac, naprzód pojedynczo, potem coraz większymi grupami, zaczęli nadciągać obrońcy; pokrwawieni, usmoleni, w poszarpanych ubiorach, na ciele tu i ówdzie krwawiły rany, ale dusze były pijane ze szczęścia, a piersi biły młotem od uniesienia i tryumfu.
— Chwała Bogu i Pannie Najświętszej! Kraków ocalon!
— I jakoż to tam było? — pytano zewsząd.
— Już to szelmostwo wdzierało się do klasztoru norbertanek! Jedna chwila i furta by pękła — opowiadał jeden z bohaterów.
— A trza wiedzieć — dodał inny — że jedni wdzierali się do klasztoru, a inni bieżeli tutaj, prościutenko na miasto. Ulica pusta, wszystkich wymiotło. Alić przyczaili się my w bramach i jak zastąpili drogę, tak dopiero łotry zdudziały.
— Aha! — rzekła dumnie jedna z niewiast. — Nie spodziewali się zbóje takowego uroczystego przyjęcia!
— Zara też głowy potracili — ciągnął. — Już potem każden ich wybijał jak mdłe robactwo.