— Nigdy!
— E... cóż to za gadanie? Koszałki-opałki! — zwrócił się jakiś włóczek do starego Matiasza Kulisa. — A bo to ja raz spotkał waszą babę? Wszak to jej się niedawno zmarło we własnej chałupie? Kto widział, aby ją poganie wzieni?
Matiasz zakłopotany kręcił czapkę w ręku. Na koniec podniósł oczy i nieśmiało powiedział:
— A bo to... to nie mój rodzony... to dziecko znalezione...
— Doprawdy? — zewsząd dobiegały okrzyki zdziwienia. — I nikt o tym nie wiedział?
— A po co miał wiedzieć? Żeby się chłopak sam tera nie wygadał, to by do sądnego dnia żywy duch nie wiedział.
— Ale dlaczego?
— No, już ja wiem dlaczego...
— Ale gdzie wy go znaleźli, Matiaszu? — nalegali ludzie zdjęci ciekawością, ale widząc, że stary nie bardzo chce mówić, zaczęli wypytywać zwycięzcę. — No, gadajcie, gdzie wy się rodzili?
Zanim włóczek otworzył usta, stary mruknął: