Włóczek, spojrzawszy na morze głów ludzkich falujące w dole, trochę się zakłopotał. Ścisnął kurczowo dłonie i po chwili zdobył się na odwagę.

— No, i co ja mam gadać? — zaczął nieśmiało.

Jeden z bliżej stojących zawołał:

— Gadaj wszytko!

I wiele innych głosów poparło:

— Tak, wszytko! My chcemy wiedzieć, gdzieś rodzon? Jakowyś chleb jadał? Jak ty żył do dzisiejszej chwały? Chcemy wszytko wiedzieć, aby po wiek wieków świat cały pomniał, jaki to człek naszego Krakowa bronił.

Włóczek przesunął ręką po jasnych włosach.

— A juści — odparł — i ja miał ochotę to wszytko wam opowiedzieć, jeno teraz ochota odeszła, bo to... widzicie... bardzo maluśko wiem o sobie, a jeszcze i ta krzynka wygląda jak wierutna bajka. Pan Bóg widzi, że nie kłamię, ale nie każden da mi wiarę i jeszcze gotów rozgadywać, że ja zmyślam takowe cuda, aby się ludzie nade mną dziwowali.

— Ale gdzież tam! — oburzyli się mieszczanie, a najbardziej włóczkowie. — Powiadasz: „prawda”, to i prawda. A kto by miał rozgadywać, że Jan Kulis kłamie, na tego my huzia jak na Tatara.

— Tedy słuchajcie. Gdzie się rodziłem, nie wiem, to jeno wiem, że nie tu, w Krakowie.