— O... szkoda! — jęknęli mieszczanie. — Szkoda, że to nie swojak... A z jakowegoż ty miasta?
— Właśnie że nie z miasta. Najdawniejsza rzecz, jaką se przypominam, to wielkie, ciemniusieńkie lasy, a między tymi lasami góra, a na tej górze jakiś dom z wieżami, gdzie ja biegał w cieniuchnych, wyszywanych przyodziewkach. Kręciło się tam dużo ludzi, ale najbardziej pamiętam prześliczną niewiastę w miękkich sukniach i z perłami na głowie. Ta mnie brała na kolana, do niej mówiłem „matusiu”. I miłowałem ją tak okrutnie... — tu mówca zatrzymał się, jakby połykał krztuszące go łzy.
Słuchacze zaczęli szeptać między sobą:
— Patrzajta go! W kasztelu się rodził, na wieżach mieszkał... Matka jego chadzała w perłach... Sprawiedliwie gadał, że to będzie jak ona bajka o zaklętym królewiczu...
— Była tam i druga białogłowa. Może siostra mojej matki? Gładka dziewka z długimi, grubymi warkoczami. Ona wymyślała wiecznie ucieszne igraszki. Ach, Boże, jak my się bawili!
Tu znów przerwał, a jeden ze słuchaczy stojący bliżej rusztowania zapytał:
— I same białogłowy siedziały w onym zamku? Męża ni jednego? Nie pamiętacie ojca?
— Ojca? Przypomina mi się jakowyś mężczyzna cały w srebrnych blachach, z okrutnym pierzem na głowie. To pierze najlepiej pamiętam, bo zawdy chciałem je złapać, a było za wysoko. Rycerz rzadko przesiadywał w domu, widzę go jak za mgłą; raz jeno nieco lepiej. Było jakoś dużo śniegu, on siedział na koniu i mnie całował, a matusia stała obok i strasznie płakała. Z tego wszystkiego mnie się widzi, że to był ojciec.
— A jakoż się ten rycerz nazywał? Jak się ta góra nazywała? — zapytał jeden z rajców.
— A, żeby to ja pamiętał! Oddałbym połowę żywota, aby wiedzieć, z kim to było i gdzie? Ale nie wiem nic a nic. Byłem wonczas okropnie mały i głupi. Góra to góra, matusia to matusia, ja więcej nie wiedział, o nic się nie troskał. Sprawiedliwie wy powiedzieli: żył ja sobie w rozkoszach jak królewicz. Musiało też być za wiele tego szczęścia, bo je Pan Bóg zabrał od razu..