Włóczek zbladł jak ściana. Jego twarz pałała od burzliwych emocji.

— To ten sam głos! — zawołał. — To głos mojej matki!

W tej chwili drzwiczki od celi ojca Pawła otworzyły się z trzaskiem i wybiegła z nich Elżbieta z podniesionymi rękami, wołając:

— Jasiu! To ja, twoja matka! Jasiu! Już jestem! Jestem!

Jan pędem błyskawicy znalazł się na dole, ale stracił ją z oczu. Chciał się przebić przez tłum, który ich rozdzielił, ale podsędek chwycił go za ramię i zaklinał:

— Człowieku, co ty robisz? Tobie się wydawało, toć to czyste szaleństwo!

— Nie! Nie! — krzyczał włóczek. — To nie mogło się wydawać! Takiego głosu nie ma nikt na świecie! Puście mnie! Ona tu gdzieś jest... — Przedzierał się przez tłum, który ciasno go otoczył. Ludzie z przerażeniem wołali:

— Uciekaj! To trędowata!

— Żeby miała i sto trądów, puśćcie mnie... Wszak to moja matka!

W końcu przebił się przez ciżbę, spojrzał w twarz Elżbiety i padł przed nią na kolana. Wybuchnął rzewnym płaczem.