Przyjaciółka nie mogła odpowiedzieć. Ta zawsze silna i harda Ludmiła teraz topniała we łzach. Ze wszystkich trojga, kto wie, czy nie ona była najszczęśliwsza. Czuła za troje.

— Ludka! — podchwycił Jan. — To gładkie imię, któregom sobie nigdy nie mógł przypomnieć... Ludko, jakaś ty dla mnie była dobra!

— I dla mnie! — dodała Elżbieta.

Stary Matiasz przypatrywał się w milczeniu pątniczkom. Nagle przetarł oczy i zawołał:

— Patrzajta, ludzie! My chyba oślepli? Przecie to te same niewiasty, co z wózka nas ostrzegły, że Tatary idą!

— Prawda, prawda! — wołano dokoła. — Gdzie my mieli oczy? Wszak to nasze wybawicielki!

Wtedy pękła ostatnia zapora. Wiadomo, że uroczystość wielkanocna łączyła zdrowych z chorymi, a cóż dopiero taka cudowna chwila! Wdzięczny tłum zapomniał o niebezpieczeństwie zarazy i rzucił się ku niewiastom. Nowy zawrót ogarnął wszystkie głowy. Jasia gwałtem wsadzono na tatarskiego rumaka, a dla niewiast sprowadzono wózek. Przykryto go kobiercami, uwito na nim baldachim z zieleni, a lud zaprzągł się do ukwieconego dyszla. Nawet dla Matiasza w rajcowskich stajniach znalazł się piękny wierzchowiec, wprawdzie bez turkusów u siodła, ale z karmazynowym czaprakiem. Znowu huknęła muzyka, znowu chorągwie się podniosły i ten ogromny tryumfalny pochód zaczął przeciągać już nie tylko po Rynku, ale po wszystkich ulicach miasta.

— Niech żyje nasz wybawca!

— Niech żyją branki, które nas uratowały!

— Niech żyje stary Matiasz! — rozbrzmiewały wiwatujące głosy.