Hej go weźcie i obnieście,

Po Krakowie, sławnym mieście.

W tłoku, gdzie nie dałoby się wetknąć szpilki, niełatwo było o miejsce odosobnione. Ludmiła co i rusz skłaniała głowę w coraz to inną stronę i odpowiadała na lawinę pytań. Elżbieta rozmawiała tylko z synem. Wpatrywała się w niego bez końca, chciała w tym męskim, dojrzałym obliczu odnaleźć rysy twarzyczki swego Jasia. Nagle spojrzała na ubranie syna i nie mogła oderwać od niego wzroku. Nie chciała wierzyć własnym oczom.

— Co to, matusiu — zapytał Jan — podobają ci się te pogańskie złotości? Wszak musiałaś się takowym dosyć napatrzeć.

— Nie! To nie to — rzekła Elżbieta i zamilkła. Powstrzymywała ją niepewność. Rumieniła się i bladła na przemian jak osoba, która odkrywa coś nadzwyczajnego, a temu odkryciu nie chce wierzyć. Na koniec chwyciła rękę Ludmiły i szepnęła: — Patrz, Ludko, to zupełnie jakby moja robota. Może mnie się tylko zdaje, ale mam wrażenie, że to jedna z onych sukien, które szyłam dla Kałgi.

Ludmiła, przyjrzawszy się haftom, zawołała:

— Prawda! Czyżby ktoś wyszywał podobnie, a może to... — tu niewiasty spojrzały po sobie.

— Pokaż rękaw... rękaw... — ponaglała matka. Chwyciła bogato naszyty narożnik rękawa i zawołała: — Jest! Patrz, Jasiu! Oto tu, maczkowym ściegiem wypisałam: ŚWIĘTY BOŻE BROŃ KRAKOWA. Dawaj drugi rękaw... Tu znowu o tobie: MARYJO I ANIELI STRZEŻCIE JASIA. To moja robota! Jam na każdej sukni wypisała nićmi jakowąś modlitwę i Pan Bóg wysłuchał! Ach, czyż ja mogłam się spodziewać, tam w jurcie dymnej na mrozie i o głodzie, gdym robiła te ściegi łzami zraszane, że szyję suknię dla mojego syna? I jeszcze jaką? Suknię zwycięstwa!

Niepiśmienny włóczek patrzył z pełnym podziwem na tę misterną robotę, ale prawdę mówiąc, nie wiedział, o czym matka mówi.

— Więc tę suknię zdarłeś z przywódcy Tatarów?